HiHigh http://hihigh.pl Tanie podróże, świetne miejsca, wspaniali ludzie, zajebista zabawa. Wed, 27 Sep 2017 18:55:20 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.6.16 Kuba – informacje praktyczne. http://hihigh.pl/2017/09/27/kuba-informacje-praktyczne/ http://hihigh.pl/2017/09/27/kuba-informacje-praktyczne/#respond Wed, 27 Sep 2017 17:44:09 +0000 http://hihigh.pl/?p=1457 Kuba to jedna z najtańszych, lub jedna z najdroższych wysp na Karaibach. Takie wnioski można wyciągnąć z różnych relacji na temat tej wyspy. Oba stwierdzenia są poprawne. Wszystko zależy od tego, czy chcemy siedzieć w hotelu, gdzie wstęp mają tylko zagraniczni turyści i obsługa (tak, na Kubie są miejsca, gdzie zwykły obywatel nie ma prawa wjazdu), czy chcemy poznać trochę lokalnego folkloru. Wybór jest prosty. Przed wyjazdem polecam zaopatrzyć swój.. Read More

Artykuł Kuba – informacje praktyczne. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Kuba to jedna z najtańszych, lub jedna z najdroższych wysp na Karaibach. Takie wnioski można wyciągnąć z różnych relacji na temat tej wyspy. Oba stwierdzenia są poprawne. Wszystko zależy od tego, czy chcemy siedzieć w hotelu, gdzie wstęp mają tylko zagraniczni turyści i obsługa (tak, na Kubie są miejsca, gdzie zwykły obywatel nie ma prawa wjazdu), czy chcemy poznać trochę lokalnego folkloru. Wybór jest prosty.

Przed wyjazdem polecam zaopatrzyć swój smartfon w program do przewalutowań oraz mapy offline.

Hajs hajs.

Są dwie waluty. 1CUC = 3,67PLN, oraz 1CUP = 0,14PLN. Na banknotach CUC są pomniki, na CUP ludzkie twarze. Monety CUC natomiast są srebrne, a CUP brązowe (za wyjątkiem 3CUP – srebrna, z twarzą Che). Na trzeźwo nie powinno być z tym problemów, a po alkoholu, nie bywa to problemem. Pieniądze wymieniamy w bankach lub Cadecach, kursy wszędzie są dość podobne. Jedynie na lotnisku w Havanie zakup kubańskiej waluty jest mniej opłacalny.

Transport.

DSC00839 (FILEminimizer)
Camion
DSC00842 (FILEminimizer)
Camion

Transport publiczny jest bardzo tani. Za autobusy i camiony (ciężarówki osobowe), z których korzystają głownie Kubańczycy płacimy w CUP. Często, gdy pytałem o cenę, kierowca długo się zastanawiał, po czym zazwyczaj przystawał na zaproponowaną przeze mnie kwotę. Bardzo możliwe, że można podróżować jeszcze taniej. Poniżej przedstawię mniej więcej siatkę połączeń, z której korzystaliśmy.

Transfer lotnisko Havana – centrum.

  • Autobus P12 ma przystanek przy Avenida Rancho Boyeros, obok lotniska. Dojedziemy nim w okolice Capitolu, przystanek Parque El Curita. Koszt to 1 CUP (jak za każdy autobus miejski w stolicy). Z informacji, które otrzymałem, jeżdżą też również biało-czerwone busy TransMetro. W cenie 5 CUP otrzymamy więcej komfortu i klimatyzację.

Havana – Pinar del Rio.

  • Camiony odjeżdżają z dworca przy węźle Calle 100 i Autopista Este-Oeste. Koszt przejazdu to 40-50 CUP. Odjazdy o 09:00 oraz 10:00 rano.

Pinar del Rio – Vinales

  • Autobus, nie wiem jakiej marki odjeżdża o 07:00 rano z dworca. Koszt 2 CUP.

Vinales – Cayo Jutias

  • Po długich próbach złapania jakiegokolwiek transportu (autostop mocno utrudniony w ośmioosobowej ekipie), zdecydowaliśmy się na przejazd taksówkami. Nie pamiętam kosztów, ale na bank dobrze sobie na nas zarobili.

Pinar del Rio – Havana

  • Camion odjeżdża z dworca w centrum o godz. 06:30, koszt 40-50 CUC.

Havana – Matanzas

  • Zatoczka przy Via Bianca, za węzłem z Via Monumental, w stronę Matanzas. Klimatyzowany Transtour kosztował 1 lub 2 CUC za osobę.

Matanzas – Carbonera

  • Transtour, rusza nieopodal murala nad zatoką. Cena to 10 CUP. Camion z tego co pamiętam, o połowę mniej.

Matanzas – Playa Larga

  • Lokalny autobus bez nazwy, odjeżdża z dworca przy Calle 174 ( Calzada de Esteban) o 13:30, jego koszt to 5 CUP.

Playa Larga – El Nicho

  • Grande Taxi (8 osób) za 240 CUC w dwie strony.

Playa Larga – Jaguey Grande

  • Grande Taxi (8 osób) – 8 CUC

Jaguey Grande – Havana

  • Camion z zatoczki przy A1, koszt 30 CUP za osobę.

Kursuje zapewne więcej różnych środków transportu, w różnych godzinach. Powyżej zapisałem te, z których korzystaliśmy, bądź te, których jestem pewien. Większość busów i ciężarówek odjeżdża wcześnie rano, wtedy też mamy największe szanse na złapanie czegoś w lokalnej cenie. Polecam zawsze, dzień wcześniej zorientować się kiedy odjeżdża pożądany przez nas środek transportu.

Na krótszych dystansach polecam autostop, złapanie czegokolwiek za kilka CUP nie stanowi najmniejszego problemu ( no chyba, że w niedzielne popołudnie).

Atrakcje.

DSC01308 (FILEminimizer)
Rezerwat krokodyli
DSC01575 (FILEminimizer)
El Nicho
DSC01710 (FILEminimizer)
Cueva de los peces
DSC01159 (FILEminimizer)
Cueva Saturno
DSC00947 (FILEminimizer)
Cayo Jutias
  • El Nicho – wjazd 10 CUC
  • Rezerwat krokodyli Criadero de Cocodrilos w miejscowości Guama – wjazd 5 CUC (choć na tablicy było napisane 10 CUC)
  • Cueva Saturno – 3 lub 5 CUC
  • Cueva de los Peces – FRIKO, wypożyczenie maski, rurki i płetw – 5 CUC na cały dzień.
  • Uprawy tytoniu Robaina – 2 CUC
  • Wszystkie plaże, na których biliśmy są bezpłatne ( Cayo Jutias, Playa Santa Maria, Playa Coral oraz plaże w okolicy Playa Larga)

Jedzenie

DSC01618 (FILEminimizer)
Krokodyl z ryżem i surówką

Kuchnia lokalna nie jest zbyt wyszukana, w popularnych Cafeteriach zwykle dostaniemy: ryż z kurczakiem, pizzę lub kanapki/tosty. Ceny w zależności od lokalizacji wahają się od 2 CUP za kanapkę z jajkiem do 30 CUP za ryż z kurczakiem. Do tego całkiem smaczne soki po 2 – 3 CUP za szklankę. Rzadko stołowałem się w miejscach, gdzie za jedzenie płaci się w CUC, lecz dwa takie miejsca mogę polecić.

  • Taberna la Vigia w Matanzas – jak na kubańskie standardy, naprawdę smaczna pizza za 2,5-3 CUC
  • Restauracja przy Carratera a Playa Larga, w Playa Larga – niebieski jednopiętrowy budynek, jakieś 500m od pomniku Kraba. Za 10 CUC można zjeść krokodyla! Jedna porcja na dwie osoby w zupełności wystarczy (albo i nie).

Sklepy

DSC00362 (FILEminimizer)
Klasyczny trunek na playa Santa Maria

W sklepach dla lokalsów jest tanio, lecz często, ciężko w nich coś dostać.

  • Bułki w piekarni – 1 CUP – sztuka
  • Woda mineralna 1,5l – od 0,7 do 2 CUC
  • Rum w sklepie lokalnym – 60 CUP
  • Rum w „pewexie” – 3,75 CUC za 0,7 Havana Club 3y.
  • Kiść bananów – od 5 do 10 CUP
  • Limonka – od 3 do 5 CUP
  • Piwo – od 1 do 1,5 CUC
  • Jakiś syf typu cola czy fanta – od 1 do 1,5 CUC za 1,5l
  • Drewniane pudełko cygar, 25szt. Cohiba, w nieoficjalnym sklepie – 35CUC (przy zakupach hurtowych)
  • Obcinaczka do cygar – 2 CUC

Noclegi

Nigdy nie płaciliśmy więcej niż 20 CUC / pokój, za dobę. Trzeba pamiętać, że płaci się za pokój, niezależnie od liczby mieszkańców.

Powyższe informacje pochodzą z września 2017, nie jest to szczyt sezonu. Jeśli macie jakiekolwiek uwagi lub pytania, zachęcam do pisania komentarzy, tekst będę starał aktualizować na bieżąco.

 

 

 

Artykuł Kuba – informacje praktyczne. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/09/27/kuba-informacje-praktyczne/feed/ 0 21.5217571 -77.7811661
Autostop do Aten. Majówka 2014. Część szósta. Rakija! Rakija! http://hihigh.pl/2017/08/10/autostop-2014-czesc-szosta-rakija/ http://hihigh.pl/2017/08/10/autostop-2014-czesc-szosta-rakija/#respond Thu, 10 Aug 2017 16:41:28 +0000 http://hihigh.pl/?p=1410 Poprzednia część tutaj. Rano nie jest lepiej (zaskoczyłem was tym słowem wstępu, co?), zwijamy nasz obóz, chodzimy, pytamy, próbujemy też klasycznie (łapać stopa), nic. Albo nie mają miejsca, albo jadą gdzieś blisko, albo w ogóle nie chcą rozmawiać z nami. Dziwne, nie? Na parkingu po drugiej stronie trasy stoi zaparkowanych kilka ciężarówek, w tym jedna na polskich blachach. Do tego kierowcy Bobek zagadał już wczoraj, lecz gość czekał na załadunek... Read More

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część szósta. Rakija! Rakija! pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Poprzednia część tutaj.

Rano nie jest lepiej (zaskoczyłem was tym słowem wstępu, co?), zwijamy nasz obóz, chodzimy, pytamy, próbujemy też klasycznie (łapać stopa), nic. Albo nie mają miejsca, albo jadą gdzieś blisko, albo w ogóle nie chcą rozmawiać z nami. Dziwne, nie? Na parkingu po drugiej stronie trasy stoi zaparkowanych kilka ciężarówek, w tym jedna na polskich blachach. Do tego kierowcy Bobek zagadał już wczoraj, lecz gość czekał na załadunek. Rusza dopiero za dwa, czy trzy dni.

Poznajemy tam jednak miłych Serbów, którzy telefonicznie próbują nam załatwić jakiś transport. Wtem zjawia się kolejny Polak, który jedzie w to samo miejsce gdzie Serbowie. Dziękujemy pięknie za pomoc Bałkańczykom i wsiadamy pierwszy raz podczas tego tripu do TIRa. Ten nie jedzie zbyt daleko, ale nakręca swojego ziomka przez CB-radio i po chwili mamy dogodną przesiadkę. Nowa ciężarówka już na nas czeka, ściągamy buty i jazda. Tak, ten kierowca miał normalnie dywany na podłodze i sam jeździł w skarpetkach.

Z  nim dojechaliśmy do Katerinii, zatrzymaliśmy się na Olimpus Plaza, takie mini centrum handlowe, otwarte 24h. Sporo zaparkowanych tirów, wygląda to nieźle. Otwieramy Retsinę, bez skutku próbujemy przespać się w środku, na kanapach. Co gorsze (w perspektywie czasu) spotykamy dwóch innych stopowiczów z Polski. Gdy rozkładamy już namioty orientuję się, że… zgubiłem śpiwór, więc dziś śpię pod kartonami (totalnie nie polecam, zimno jak chuj, nie wiem jak Ci bezdomni tak żyją).  Pojawia się również kolejny stopowicz – żołnierz, ciekawa postać, śmieszna, choć momentami działał na nerwy jak przegrany zakład za sto tysięcy.

cz6004
Nie podoba mi się to, ale zgodziłem się, więc pretensje mogę mieć jedynie do siebie. Zagraliśmy z konkurencją, o to kto podbija do jedynego polskiego ciągnika (takiego od TIRa, nie do traktora) na parkingu. Rzut monetą, kurwa mać. Dobrze, że zdążyłem zrobić sobie zupkę chińską przy pomocy ich grzałki, bo chwilę później chłopaki byli w drodze do domu. Dochodzi południe, parking już prawie pusty, podbijam praktycznie do każdej osoby, która miała okazję się tutaj zatrzymać. Nie wiemy, czy chcemy wracać przez Serbię czy przez Bułgarię, wolimy szybciej i łatwiej, ale gdzie jest szybciej? Gdzie jest łatwiej? Chyba nigdzie. Ja osobiście wolał bym przejechać się inną trasą niż w drodze na południe, ale gdzie się uda, tam będzie super. Próbujemy przy wjeździe, na darmo, nawet nasze olbrzymie tablice nie dały rady, ostatecznie jesteśmy przepędzeni przez służbę drogową… co wychodzi nam na dobre.

cz6006

Średnio-młoda para Bułgarów decycuje się nas podwieźć do granicy. Woo-hoo! Choć, ze smutkiem mówią, że nie mogą zabrać trzech osób (pewnie liczyli na to, że podróżujemy razem), nam to odpowiada, żołnierz zostaje, my jedziemy. Po drodze, dogadujemy się, że możemy pojechać z nimi aż do Sofii. Choć zarzekaliśmy się wcześniej, że nie wjeżdżamy już do żadnego miasta, tylko trzymamy się trasy… lądujemy około dwudziestej pierwszej w stolicy Bułgarii.

Wcześniej zatrzymaliśmy się na chwilę w urokliwej restauracji nad brzegiem rzeki, w której bez zastanowienia wydajemy ostatnie dziesięć euro na obiad, składający się z kiełbasy, ziemniaków i piwa. Smaczne, ale spodziewałem się, że za taki hajs to mogę rządzić tu przez miesiąc, a nawet się nie najadłem. Piwo, samotnie, uratowało cały zestaw. Dodatkowo nasi współpasażerowie zamówili jedynie zupę i kawę. Musieli pomyśleć „ co za debile, wydają tyle kasy na obiad a jeżdżą stopem?!” Hehe.

cz6008

Jesteśmy w centrum Sofii, pierwszy punkt zwiedzania – piwo, kolejny – Internet. Sprawdzamy jak najlepiej wyjechać stąd rano i gdzie najlepiej rozbić namiot. Piwo się kończy, lub nie, lecz widząc monopol, wchodzę. Rakija w takiej cenie, że grzech nie kupić. Biorę pół litra za jakieś czternaście złotych. Bingo. Jesteśmy przy parku, który polecają w internecie, lecz jest ciemno i ponuro, nie ma melanżu.

Idziemy dalej, siadamy na schodach przy większej ulicy. Ogarniam karty do aparatu, bo miejsca brak, rozpijamy rakiję. Bobek widzi pomnik, który chce zobaczyć z bliska, idziemy. W ten sposób przypadkiem trafiamy na epicentrum melanżu. Pod pomnikiem kilka(naście) grup młodych ludzi popija sobie alkohole, jedna z ekip ma nawet ze sobą porządny głośnik, z którego rozchodzi się muzyka na cały park. Podchodzi do nas policjant, pyta czy jest jakiś problem, odpowiadamy ze śmiechem, że nie, ten idzie dalej. Z głośnika zaczynają dobiegać breakbeaty, czasem jakiś raps, podbijamy do jak się okazało punków, wesoła gromadka, spędzamy z nimi może z pół godziny, po czym chcieli abyśmy poszli z nimi gdzieś do baru. To nie był do końca nasz klimat, na dodatek ich dupeczki były naj-sła-bsze, nie dla mnie takie zabawy. Podchodzimy do kolejnej grupy ławkowiczów, a jeden z nich pyta:

– Co wy pijecie?
– Rakiję!
– No widzę, ale to Rakija… ze sklepu…
– No a skąd ma być?
Ten się krzywi niczym koła w szosie na polskich drogach. Wyciąga z plecaka butelkę po 0,7 łychy, mówiąc – to jest Rakija! Pędzona przez nas! No i się zaczęło. Jedna, druga flaszka, zabawne dialogi, ludzie naprawdę bardzo w porządku, w pewnym momencie Andy pyta gdzie śpimy? Ja najebany już mocno, mówię, że chociażby tutaj, w parku. Rozbijamy namiot i chuj. Ten mówi, że nie ma mowy, że mamy iść spać do niego. Super!

Po drodze schodzimy z chodnika, idziemy betonowym brzegiem rzeki. A może to był kanał? Nieważne, w końcu po kilku kilometrach, oraz kilku butelkach Rakii dochodzimy do naszego celu.  Andy prosi abyśmy byli w miarę cicho, bo pod nimi mieszka właściciel, ale ziomkiem, który śpi na materacu w przedpokoju nie przejmuje się wcale. Mieszkanko małe, ale z duszą, dosłownie, Rakija pod kiszone ogórki, do tego słoninka z sałatą i czymś tam, delicje. Serio, szacunek dla ludzi, którzy dadzą Ci wszystko, pomimo tego, że sami nie mają za wiele. Na dodatek znają cię od kilku godzin. Dużo gadki o podróżach, wymiana spostrzeżeń na różne tematy, ale przede wszystkim sporo dystansu do życia, radość!

Budzimy się przed południem, z dość solidnym kacem, Andyego nie ma, musiał iść na szóstą w nocy (rano) do pracy, Walentin został z nami. Ja spałem na materacu na ziemi, Bobek dzielił dziwne, zawieszone mniej więcej pół metra nad ziemią łóżko z kimś tutejszym, chyba. Bierzemy prysznic, chcemy pokazać tubylcowi trochę polskiego folkloru, ale net, którego prędkość przypominała mi mojego smartfona, w momencie, gdy wyczerpie się limit pobierania danych nakazuje nam przesunąć to na inny termin. Walentin wspomina coś o tym, że sam również musi iść do pracy, ale za mocno się tym nie przejmuje, nie pogania nas. Koło południa odprowadza nas na przystanek autobusowy, który zawiezie nas bliżej centrum. Nie mamy jeszcze pojęcia jak sie stąd wydostać, chcemy coś zjeść oraz liczymy na to,  że w informacji turystycznej znają miejscówki do łapania stopa. Nie znają.

cz6013

Nie zdziwiło nas to zbytnio. Szukamy „lotniska”, miejsca, gdzie trasa jest wyjątkowo szeroka, sporo dziwek, więc naturalnie powstał tam parking. Miejsca polecanego przez poznanego pod Atenami kierowcę ciężarówki. Naturalnie, w Sofii nikt nie wie czego szukamy, jedziemy więc busem na jakieś śmierdzące, cygańskie przedmieścia, a dalej z buta, licząc, że to „lotnisko” jest gdzieś blisko, yo. Idziemy, idziemy, po czym klasyczny chuj.

Jest coś co widać przed linią horyzontu, co może być tym stołecznym kurwidołkiem, ale biorąc pod uwagę odległość (w chuj) i teren (autostrada), rezygnujemy, wybieramy jako bazę wypadową niedużą stację Shell. Na tej stacji, Bobek dzwoni do kierowcy, o którym wspomniałem powyżej, dopytując o to „lotnisko”, okazuje się, że drajwer, jest w trasie, jutro będzie jechał przez Sofię, więc możemy się z nim zabrać.

Nie jest to najlepsze wyjście biorąc pod uwagę, że mamy jakieś dwadzieścia cztery godziny, nie za dużo pieniędzy (całe nic) i jesteśmy na jakimś zadupiu. Moglibyśmy próbować łapać coś wcześniej, ale po co? Możemy kupić wino! No to kupiliśmy, wino oraz coś w kolorze kawy z mlekiem, z dziwną etykietą, sami rozumiecie o co chodzi, gdy trzeba kupić TO. To co prawdpodobnie będzie ohydne, ale coś w środku, oraz często obok (np. głupkowaty kompan) mówią Ci – kup to!

Pierwsza butelka ląduje na podłodze, plastik pękł, trudno. Bierzemy nową. Super kurwa napój okazał się chujo-wie-czym o chujowym smaku, do tej pory jak sobie przypomnę, czuję to (a wcale tego nie chcę). Zwiedzamy jakieś okoliczne pustostany, z nadzieją, że znajdziemy jakiegoś cygana. Pijemy wino, czekamy na jutrzejszy transport.

cz6025

Gdy rozkminiamy już gdzie rozbić namiot, na stację wieżdża mała ciężarówka na Trójmiejskich blachach. Gość nie jedzie za bardzo w naszym kierunku, ale oferuje, że podrzuci nas do granicy z Rumunią. Okazuje się jednak, że jego cel uległ zmianie. Nie będzie centralna część tego kraju, lecz… Szeged, Węgry! Woo-Hoo! Spędzamy noc w kabinie, przy włączonym mega mocnym ogrzewaniu, ale to i tak było najsuper w porównaniu na nocy w namiocie bez śpiwora. Byliśmy pewni, że z aktualnym kierowcą dojedziemy już do Warszawy, lecz okazało się, że będzie on miał jeszcze jeden załadunek, już nie pamiętam gdzie, ale może nas rzucić pod Budapesztem.

Nie jest źle, już nawet mamy w planie, by najebać się z nim do rana i wracać razem, ale gdy zerowaliśmy tanie winko, zobaczyłem młode małżeństwo na podwarszawskich tablicach, chwila rozmowy i… jesteśmy w drodze do Wwa! Meta w stolicy z prostego powodu – WC, hehe, Warsawa Chalange. Czułem już jak od nas śmierdzi, przysyokolo godziny pialiśmy ze zmęczenia, ogólnie podziwiam tych ludzi i polecam bardzo. Podwieźli nas w samo centrum, nad Wisłę, gdzie czekał na nas Słomka, Trepson i jakieś małpy. W sobotę, piątej rano, dojechaliśmy do celu. Czternaście dni, ponad cztery tysiace kilometrów, udało się!

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć poniżej:


Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

 

cz6005 cz6004 cz6006 cz6002 cz6003 cz6007 cz6008 cz6009 cz6026 cz6010 cz6011 cz6012 cz6013 cz6014 cz6015 cz6016 cz6017 cz6018 cz6019 cz6027 cz6020 cz6021 cz6024 cz6025 cz6022 cz6023 cz6028

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część szósta. Rakija! Rakija! pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/08/10/autostop-2014-czesc-szosta-rakija/feed/ 0 42.7338829 25.4858303
Autostop do Aten. Majówka 2014. Część piąta. Żegnajcie Ateny! http://hihigh.pl/2017/07/04/autostop-do-aten-majowka-2014-czesc-piata-zegnajcie-ateny/ http://hihigh.pl/2017/07/04/autostop-do-aten-majowka-2014-czesc-piata-zegnajcie-ateny/#respond Tue, 04 Jul 2017 16:05:34 +0000 http://hihigh.pl/?p=1346 Poprzednie części tu i tu. I tu.Oraz tu. Wstaję o dziewiątej rano, żeby sprawdzić HotelTonight. Nie wiem jak ja to zrobiłem, ponieważ kac ścinał mnie z nóg. Zszedłem. Piętro niżej. Siadłem na schodach żeby złapać sygnał Internetu. Jest! Trzygwiazdkowy Philipus za niecałe czterysta złotych! Dlaczego się cieszę? Mam „uzbieraną” sporą, darmową pulę środków do wykorzystania w aplikacji. Dycha dopłaty, czyli po pięć cebulionów od osoby, śniadanie wliczone. Jadąc do naszej.. Read More

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część piąta. Żegnajcie Ateny! pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Poprzednie części tu i tu. I tu.Oraz tu.

Wstaję o dziewiątej rano, żeby sprawdzić HotelTonight. Nie wiem jak ja to zrobiłem, ponieważ kac ścinał mnie z nóg. Zszedłem. Piętro niżej. Siadłem na schodach żeby złapać sygnał Internetu. Jest! Trzygwiazdkowy Philipus za niecałe czterysta złotych! Dlaczego się cieszę? Mam „uzbieraną” sporą, darmową pulę środków do wykorzystania w aplikacji. Dycha dopłaty, czyli po pięć cebulionów od osoby, śniadanie wliczone.

ateny002
Nasz prywatny dach w pierwszym hotelu.

Jadąc do naszej nowej bazy poznajemy dwie Polki, które też są tu na wakacjach. Nie zbyt piękne, ale my trzeźwi też nie jesteśmy, więc ustawka z nimi na wieczór.

Hotel nastawiony na Niemców w garniturach, z nowymi BMW pod wejściem. My wbijamy, skacowani, zmęczeni, z wielkimi plecakami, karimaty i te sprawy. Musimy wyglądać niecodziennie. Wcześniej zwiedzamy okolice Akropolu, wchodzimy na górę obok, z której mamy świetny widok zarówno na starożytne budowle jak i na panoramę miasta. Wino z kartonu, dżoincik, relaks.

ateny009
Roberttam i ruinteam

Później jedziemy do hotelu dziewczyn, wypijamy jakieś alko, są różne plany, ostatecznie jedziemy do nas. Po drodze staram się wysępić fajeczkę do skręta, po dwóch nieudanych próbach, jedna z nich kupuje całą paczkę Marlboro, choć sama nie pali. Gdy docieramy do naszej bazy, Bobi, który jest najbardziej najebany z nas wszystkich, próbuje pożegnać się z dziewczynami. W stylu „wypierdalać na metro! ja i Robson idziemy się najebać!”. No jakbym już kurwa nie był.

Idziemy na śniadanie. Tak w ogóle mam lęk przed śniadaniami w hotelach. Zazwyczaj mój stan fizyczny lub psychiczny nie pozwalają mi zejście do restauracji. Z drugiej strony cebula w sercu puszcza pędy, by piętnaście minut przed końcem czasu wstać z łóżka. Bez prysznica, we wczorajszych ciuchach. Zęby przynajmniej umyte.

Pierwsze normalne jedzenie, nie licząc naprawdę dobrych suvlaków. Herbata na ciepło, paróweczki, prawdziwy ser, wszystko super, gdyby nie skurwesyński kac, który mocno utrudniał zapchanie żołądka. Do tego ci wszyscy porządni ludzi w około, czuję się słabo. Wracamy do pokoju, Bobek rzyga . Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wpierdolił się z buta do kibla, w którym ja siedziałem na tronie. Do teraz cieszę się, że zrobił to do wanny. Trzeba się ogarnąć, co robimy dalej? Spalamy dżointa. Robert, zamiast poczuć się lepiej, znowu biegnie do łazienki. Pakujemy manatki, wyprane rzeczy zabieramy z balkonu, trochę siara, ale co tam.

Dzwoni telefon. To niewiasty, które poznaliśmy wczoraj. Oferują nam, byśmy na przypał przekimali się u nich w hotelu. Trochę spoko, trochę nie, ale skorzystamy. Dziewczyny wnoszą nam plecki do swojego pokoju, pełny kamuflaż. Jedziemy z nimi na plażę, po czym one idą na jakąś gównianą objazdówkę, a my szwendamy się po mieście, rozkminiając, że jest tu za kulturalnie. Trochę nie możemy się odnaleźć. Zjadamy suvlaka z kota, serwowanego przez sędziwego typka, który prowadzi swoją knajpę od kilkudziesięciu lat. Późnym wieczorem wracamy do „naszego” hotelu i robimy małą posiadówkę. Jutro czas pożegnać się z Atenami.

ateny034
Wojna

Rano, po zaledwie kilkunastu dniach popełniania błędów, wyciągamy wnioski. Sprawdzamy w internecie wszelkie możliwe wskazówki, co do poruszania się stopem w naszym kierunku, robimy zakupy, żegnamy się naszymi gospodyniami i ruszamy na wylotówkę. Metro, autobus, później trochę z buta, w ten sposób dochodzimy do bramek poboru opłat. Pomimo, że obok jest komisariat, stajemy centralnie koło niego i zaczynamy łapanie. Idzie nam źle. Pogoda zaczyna się psuć, na dodatek po jakiejś godzinie przed wejściem na komendę zbiera się większa grupa psów, i każą nam opuścić autostradę… na czterdzieści minut, potem możemy wrócić. Nie wiemy co jest grane, no ale okej, skok przez murek i jesteśmy przy drodze krajowej równoległej do trasy.

ateny041
Pierwsze stopowanko w kierunku północnym

Mija kilkanaście minut, po czym zatrzymuje się biały kompakt, kierowca po czterdziestce, w równie białej koszuli, próbujemy się dogadać, ale:
– No english, little english – mówi kierowca.
– Are u going to Lamia? – Tą miejscowość akurat mieliśmy napisane na kartonie.
– No – i tu pada nazwa jakiejś miejscowości, której nie byliśmy w stanie zlokalizować na mapie, ale przypominamy sobie, że kilkadziesiąt kilometrów dalej jest grill-bar i parking dla tirów polecany przez autostopowiczów.
– Jubmo?
– Jumbo, jumbo!
Wsiadamy, zaraz po starcie nasz kierowca próbuje nam coś powiedzieć, lecz nie bardzo wie jak, pokazuje palcem na sąsiednia autostradę.
– Highway. – Mówię, trafiam w sendo.
– Highway, money. I no money. Fuck you highway!

Trafił swój na swego, atmosfera jest przezabawna. Kierowca włącza jakaś spokojną muzykę, pyta czy jest okej, by po chwili odpalić… 2Paca. Usłyszeć to jedno, a zobaczyć bansującego Petera, kiwającego głową i pokazującego środkowe palce przy refrenach… Haha super to było (widać na wideo nawet). Dojechaliśmy na Jumbo. Gdy wysiadaliśmy Piotrek dał nam pięć euro na kawę, przyjęliśmy, po krótkim, udawanym zakłopotaniu. Cieszyliśmy się z pierwszego etapu, przebytego w kierunku domu. Niezbyt długo. Jumbo to wielki parking, głównie dla tirów, po dwóch stronach autostrady…, który swoje lata świetności ma daaaawno za sobą. Trzy ciężarówki, bez chęci współpracy, i wielki budynek, z przejściem nad trasą, w połowie opustoszały.

No to pięknie. Na dokładkę dzwonią koleżanki z Aten, że znalazły worek zielska, żebyśmy wrócili. A gdybym wiedział, że stracimy cały dzień, aby przejechać czterdzieści kilometrów, to wolał bym zostać dzień dłużej w stolicy. Próbujemy bez skutku złapać stopa po naszej stronie trasy (nawet logicznie, nie?) i z podobnym brakiem skutku ogarniamy nocleg w budynku. Pozostaje nam rozbić namiot, i liczyć na lepsze jutro. Jemy zimne pulpety na opustoszałym placu zabaw, dzielimy się resztkami z nowo poznanym psiakiem, a nóż karma wróci. No i nawet nas polubił, chyba jako jedyny tutaj. Gównianego dnia nie osładzają nawet Ruffelsy, chipsy, które były wyznacznikiem smaku i grubości ziemniaków gdy chodziłem do podstawówki, teraz smakowały naprawdę przeciętnie.

ateny042
Jumbo

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ.

Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

ateny001 ateny002 ateny003 ateny004 ateny005 ateny006 ateny007 ateny008 ateny009 ateny010 ateny011 ateny012 ateny013 ateny014 ateny015 ateny016 ateny017 ateny018 ateny019 ateny020 ateny021 ateny022 ateny023 ateny024 ateny025 ateny026 ateny027 ateny028 ateny029 ateny030 ateny031 ateny032 ateny033 ateny034 ateny035 ateny036 ateny037 ateny038 ateny039 ateny040 ateny041 ateny042

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część piąta. Żegnajcie Ateny! pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/07/04/autostop-do-aten-majowka-2014-czesc-piata-zegnajcie-ateny/feed/ 0
Autostop do Aten. Majówka 2014. Część czwarta. http://hihigh.pl/2017/06/12/autostop-aten-majowka-2014-czesc-czwarta/ http://hihigh.pl/2017/06/12/autostop-aten-majowka-2014-czesc-czwarta/#respond Mon, 12 Jun 2017 17:49:27 +0000 http://hihigh.pl/?p=1320 Poprzednie części tu i tu. I tu. Pierwszy dzień, w którym po przebudzeniu nie myśleliśmy o kolejnych etapach podróży. Rano, idziemy do centrum, jest bardzo wcześnie a słońce nakurwia już mocno. O to chodzi! Sprawdzamy Hoteltonight, lipa, nie stać nas na nic z darmowych środków, liczymy na to, że później się coś zmieni, ponieważ dzień wcześniej była możliwość zabookowania dwóch nocy za friko, dziś jak na złość, moje niecałe czterysta.. Read More

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część czwarta. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Poprzednie części tu i tu. I tu.

Pierwszy dzień, w którym po przebudzeniu nie myśleliśmy o kolejnych etapach podróży. Rano, idziemy do centrum, jest bardzo wcześnie a słońce nakurwia już mocno. O to chodzi! Sprawdzamy Hoteltonight, lipa, nie stać nas na nic z darmowych środków, liczymy na to, że później się coś zmieni, ponieważ dzień wcześniej była możliwość zabookowania dwóch nocy za friko, dziś jak na złość, moje niecałe czterysta złotych wystarczy na jeden nocleg… nieopodal zjazdu z obwodnicy, który opuściliśmy rano. Idziemy jakąś godzinę z buta, później metrem (linią #1, która jest całkowicie zbombiona) docieramy na Omonię.

DSCF0331

Wcześniej widząc drogowskaz do marketu, lecz owego marketu nie widząc, pytamy miejscowych o drogę. Klasyczna beka, gdy ludzie pokazują ci palcem, – „ Właśnie tutaj! Stoicie pod wejściem”. Raczymy się włoskim winem z kartonu i rozmyślamy co dalej robić. Przydała by się informacja turystyczna, lecz nie che nam się jej szukać. Dowiaduję się natomiast, jak dostać się na plaże. I tutaj UWAGA ciekawostka.  Ateny są podobne do Częstochowy w jednym aspekcie. Oba miasta mają trzy linie tramwajowe, których tory na znacznych odcinkach tras się pokrywają. Można powiedzieć, że brakuje tylko morza. Hehe.

Jedziemy jednym z tramwajów, w środku na ekranach, które wyświetlają nawy przystanków, resetuje się system – Windows 2000. Taka mała pierdoła doskonale pokazuje jak wyjebane na wszystko maję Grecy. W Polsce po chwili było by mnóstwo komentarzy i narzekań, że milion lat za murzynami, że co ludzie pomyślą jak zobaczą czego się u nas używa. Nie tutaj. Nie trzeba gonić na ślepo za innymi, ważne by mieć w życiu relaks.

DSCF0332

Z okien tramwaju widać pierwszą plażę. Słyszeliśmy, że im dalej od centrum tym fajniej, ale kilka wysiadających osób z plażowym ekwipunkiem, oraz wielka chęć triumfalnej kąpieli w morzu, skłoniły nas aby wysiąść właśnie tu. Plaża dość brudna, rozbijamy się w sąsiedztwie dwóch samotnych dupeczek. Konkretnie blisko jednej, która uśmiechała się do mnie/do nas (jeśli czytasz to Bobek, to wykreśl sobie do mnie). Pijemy wino, wbiegamy do wody, polemizujemy nad krągłościami panny, która akurat czytała sobie książkę, leżąc na brzuchu. Kulturalnie, nie  są z nas przeca takie chamy. Poruszamy też inne tematy, wysnuwamy hipotezy czy dobrze się pierdoli, czy lubi anal i czy przy wyjątkowo dobrze wygrzanej bajerze moglibyśmy zrobić jej geng-beng. Przez chwilę myślę aby do niej zagadać , czy nie rzuciła by okiem na nasze rzeczy, lecz aktualnie jestem zbyt nieśmiały (czyt. trzeźwy).

Moment później ona spogląda na nas i pyta czy nie mamy może papierosa. Po Polsku. Co kurwa?! No ale nie mamy, nie palimy. Ona też nie, wiadoma sprawa. Szlugsa kołujemy w pięć sekund i przysiadamy się do koleżanki. Spalamy skręta i rozmawiamy między innymi o tym, dlaczego od razu nie uświadomiła nas, że rozumie wszystko co mówimy. Beka. Nakręcamy jej historię o naszej trasie, chce pomóc, ale nie wie co na to jej chłopak (ehhh), po czym idzie do domu po kolejnego gibsona i zapitkę do wódeczki. Spędzamy tak dość miło popołudnie, wymieniamy się numerami i idziemy łapać wifi aby w końcu zarezerwować hotel.

W mojej aplikacji, w którą naprawdę pokładaliśmy spore nadzieje dalej kaszana. Raz się żyje, zaszalejemy, rezerwujemy hotel za dziesięć euro od osoby na Omonii – jedynym miejscu, którego W. nam nie polecała. Powód był prosty –  ciężko było znaleźć coś tańszego, a dodatkowo bateria w smartfonie nie pozwalała na dłuższe poszukiwania. Klik, klik, zarezerwowane, jedziemy.

O ile poruszanie się metrem i tramwajami w Atenach jest dość intuicyjne, to szukanie naszego noclegu, bez mapy po zmroku już tak intuicyjne nie jest. W około dużo podejrzanych typków, więc lepiej nie afiszować się z tym, że nie znamy drogi. Pomaga nam starszy gość, który co prawda nie rozmawia po angielsku, powtarzam kilka razy nazwę ulicy, idziemy za nim. Po chwili dołącza do nas kolejny towarzysz, który próbuje nam opchnąć dragi, na szczęście my ustawiliśmy się na później z W., więc nie dajemy mu zarobić (zrobić nas w chuja?). Docieramy pod nasz hotel, szczęśliwi dziękujemy typowi za pomoc, on gdy zrozumiał, że jesteśmy Polakami powiedział „daj papierosa, kurwa!”, taki mały, patriotyczny akcent.

Na portierni mówią nam, żeby chwilę poczekać, bo aktualnie nie ma szefa. Po jakiś trzydziestu minutach, lekko wkurwieni pytamy co jest grane? Nie wiadomo, wyszedł do sklepu, nie wziął telefonu. Czekamy jeszcze chwilę, bierzemy prysznic by dowiedzieć się, że nie ma wolnych pokoi. No super kurwa, jest dwudziesta pierwsza, a my zmarnowaliśmy godzinę, która powinna być przeznaczona na melanż. Na portierni mają wyjebane, jak to Grecy, nie ich wina i już. Pani grająca w fejsbuka wykonuje kilka telefonów po czym jej koleżka prowadzi nas do innego hotelu. Ulicę obok jest dla nas pokój. Tańszy o całe pierdolone jeden euro. Jest klasycznie pewien szkopuł. Śpi już tam jeden Francuz. Wracamy.

Pok kolejnych kilku telefonach, okazuje się, że para z Ameryki północnej ma podobny problem, więc w czwórkę idziemy do kolejnego hotelu, tym razem wszystko jest okej. Oprócz tego, że otwierając nasz pokój złamałem klucz w zamku, hehe. Schodzę na dół, mówię, że mamy mały problem. Szefu otwiera nasze drzwi, lecz nie jest w stanie teraz naprawić zamka, chuj, mówi się trudno. Od środka możemy się zamknąć, gorzej od zewnątrz. Wychodzimy w imię zasady „raz się żyje”, albo raczej „co mogą nam zajebać? Brudne ciuchy”. Walimy po bombie rudej z szefem i jedziemy na plażę, spotkać się z W.

Ostatecznie spierdala nam ostatni transport do hotelu, a w naszej aktualnej okolicy nie dzieje się nic. Wielkie nic. Kupujemy piwka w nocnym kiosku ( co to dwa czy trzy euro za piwko, mając w pamięci tripy do Norwegii?) i ruszamy z buta. Porada praktyczna: Ateny nie są małe i przejście przez pół miasta z buta nie jest dobrym rozwiązaniem. Dochodzimy do stacji metra „Nowy Kosmos” i tutaj już nie ma chuja, żebym szedł dalej, pociąg mamy za pół godziny, w sam raz aby wypić browar do końca.

Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ

DSCF0331 DSCF0332 DSCF0334 DSCF0335 DSCF0336 DSCF0341 DSCF0345 DSCF0325 DSCF0326 DSCF0327 DSCF0328

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część czwarta. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/06/12/autostop-aten-majowka-2014-czesc-czwarta/feed/ 0 37.9838104 23.7275391
Autostop do Aten. Majówka 2014. Część trzecia. Cel osiągnięty! http://hihigh.pl/2017/05/31/autostop-aten-czesc-trzecia/ http://hihigh.pl/2017/05/31/autostop-aten-czesc-trzecia/#respond Wed, 31 May 2017 13:15:47 +0000 http://hihigh.pl/?p=1300 Poprzednie części tu i tu. Wstaliśmy jak zwykle za późno. Wynurzam łeb z naszej willi, nie jest najlepiej. Na całym parkingu pozostało może z pięć pojazdów. Idę się umyć. Jest źle, w skutek awarii nie ma wody. Na stacji, w parkingowym kiblu, nigdzie. Dodatkowo wszyscy kierowcy, których udaje nam się zapytać o podwózkę, jadą do Rumunii ( jak się okazało, kilka kilometrów za tą stacją był zjazd do ojczyzny Drakuli,.. Read More

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część trzecia. Cel osiągnięty! pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Poprzednie części tu i tu.

Wstaliśmy jak zwykle za późno. Wynurzam łeb z naszej willi, nie jest najlepiej. Na całym parkingu pozostało może z pięć pojazdów. Idę się umyć. Jest źle, w skutek awarii nie ma wody. Na stacji, w parkingowym kiblu, nigdzie. Dodatkowo wszyscy kierowcy, których udaje nam się zapytać o podwózkę, jadą do Rumunii ( jak się okazało, kilka kilometrów za tą stacją był zjazd do ojczyzny Drakuli, a większość aut jadących do Serbii zatrzymywało się na innym parkingu za miastem).

DSCF0298

Przez chwilę nawet rozważaliśmy tę opcję, szczególnie gdy poznaliśmy parę słoweńsko-amerykańską, która też zmierzała do Serbii, lecz uznali, że łatwiej będzie im dojechać tam przez Rumunię. W międzyczasie deszcz nakurwia kilkukrotnie, co nam tym razem nie pomaga, tylko wkuria. Na dodatek, ja głupi, zaraz po śniadaniu, na które zjedliśmy zimną fasolkę po bretońsku, spaliłem ostatniego gibona, bojąc się ryzyka kontroli na granicy. Teraz, nasi nowi znajomi właśnie wsiadają do ciężarówki, a my dalej stoimy na tej zasranej stacji.

W końcu, około siedemnastej, po całym jebanym dniu, udaje nam się złapać stopa pod same bramki graniczne. Tutaj, bez większych ceregieli, stajemy na bardzo szerokim odcinku drogi centralnie za czynnymi bramkami, po krótkim czasie zatrzymuje się czerwony Golf3. Wsiadamy, kierowca mówi coś po niemiecku, my wtrącamy coś po polsku, a w odpowiedzi słyszymy – Polaki! Kurwa mać! Wsiadajcie!

No To jedziemy z Mikim, wielkim człowiekiem. Pytamy go dokąd jedzie, ponieważ na naszej tabliczce napisaliśmy „Belgrad”, a liczę na to, że uda się dojechać gdzieś dalej. Makedonia! – odpowiada nasz gospodarz, okazuje się, że Miki wraca z Austrii, gdzie pracuje, do Macedonii, gdzie mieszka, a dokładnie do miejscowości położonej jakieś sto kilometrów od granicy z Grecją. Jedziemy! Długa trasa (prawie tysiączek), z kilkoma przerwami na kawę, minęła bardzo szybko, dużo śmiechu, nauczyłem się jednego słowa w jego języku, a Bobek nawet przez chwilę prowadził bolid. Tutaj czerwony kolor nie był przypadkowy, Miki całą trasę zapierniczał sto pięćdziesiąt. Nadmienić trzeba, że przy tamtejszych drogach, nasze Polskie są nieskazitelnie gładkie. Do granicy docieramy w środku nocy.

 

Żegnamy się z Mikim i rozmyślamy gdzie rozstawić nasz dom i uczcić najlepszy dla nas dzień macedońskim browarkiem.Pytamy na przejściu, babeczki w okienku, gdzie możemy rozbić namiot, ta wyraźnie zdezorientowana, wskazuje nam hotel z kasynem tuż przed bramkami. Sądzimy, że uda nam się podobnie jak u progu Serbii złapać kogoś od razu za szlabanem, więc zostajemy na noc w strefie buforowej między państwami. Piwko. Sen.

DSCF0312

Wstajemy dość wcześnie, lekko zdziwieni tym, że nikomu nie przeszkadzał nasz namiot w tym miejscu, szybkie suszenie tropiku z rosy, toaleta. Sprawdzamy sklepy „duty free”, drogo i nieciekawie. Przekraczamy granicę, piszę tabliczkę i parę metrów dalej ustawiamy się i czekamy, czekamy, czekamy.  Kupiliśmy wczoraj jeden chleb, który skończył się w nocy gdy tu dotarliśmy. Jemy pasztet popijając coca-colą, ludzie robią nam zdjęcia. Po kilku godzinach zaczynam się wkurwiać. Zatrzymuje się para Macedończyków, jadą gdzieś na wczasy, mówią, że mogą nas wyrzucić przy bramkach na autostradzie w kierunku Aten. Nie brzmi to zbyt dobrze, ale po dłuższym czekaniu w miejscu, każdy pomysł na ruszenie się z niego wydaje się budujący.

Wysiadamy na środku autostrady, obok komisariat policji i… nic więcej. Kilka knajp przy autostradzie, za barierką, często uprzedzona schodkiem, przy których kierowcy parkują sobie na poboczu, na relaksie, bez zbędnych stresów. Nie wiem co miały te obskurne budy, czego my nie mieliśmy  (no może, poza ciepłą szamą, hehe), ale cieszyły się dużo większym powodzeniem wśród kierowców niż my.

Po kilku godzinach w upale, po środku niczego, myśleliśmy nawet nad zmianą kierunku na Saloniki. Wtem zatrzymuje się mała ciężarówka na polskich blachach. Podbiegam, szybka gadka, że bez celu do Aten sobie śmigamy, gościu też akurat do stolicy Grecji jedzie więc wygrywamy! Prawie. Dojeżdżamy tylko do obwodnicy, ponieważ nasz kierowca odbija gdzieś  na rozładunek. Jest późny wieczór, jesteśmy u celu. Na mini polance pomiędzy kilkupoziomową estakadą i torami kolejowymi, ale udało się! Jesteśmy w Atenach! Na kolację kanapki z pasztetem, klasycznie, fit, czyli bez pieczywa. idziemy spać, tuleni do snu odgłosami pędzących aut i pociągów.

DSCF0320

Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ

DSCF0298 DSCF0299 DSCF0311 DSCF0300 DSCF0309 DSCF0310 DSCF0314 DSCF0312 DSCF0320

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część trzecia. Cel osiągnięty! pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/05/31/autostop-aten-czesc-trzecia/feed/ 0 44.0165215 21.0058594
Autostop do Aten. Majówka 2014. Część druga. http://hihigh.pl/2017/05/19/autostop-aten-majowka-2014-czesc-druga/ http://hihigh.pl/2017/05/19/autostop-aten-majowka-2014-czesc-druga/#respond Fri, 19 May 2017 13:07:04 +0000 http://hihigh.pl/?p=1273 Pierwsza część relacji dostępna tutaj. No i kurwa są.  Rano spacer w stronę, z której przyszliśmy, tą samą chujową drogą, do sklepu, śniadanie i te sprawy, po czym wracamy na nasz ostatni spot. Okazuje się, że owszem, jest to wyjazd na trasę, ale po kilkuset metrach jest zjazd na inny market (jak ich nie nienawidzić?!), a miejscowa ludność w znakomitej większości zmierza właśnie tam. Niech ktoś mnie dobije, myślę sobie.. Read More

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część druga. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Pierwsza część relacji dostępna tutaj.

No i kurwa są.  Rano spacer w stronę, z której przyszliśmy, tą samą chujową drogą, do sklepu, śniadanie i te sprawy, po czym wracamy na nasz ostatni spot. Okazuje się, że owszem, jest to wyjazd na trasę, ale po kilkuset metrach jest zjazd na inny market (jak ich nie nienawidzić?!), a miejscowa ludność w znakomitej większości zmierza właśnie tam. Niech ktoś mnie dobije, myślę sobie i pojawia się plan Bobka. Chodźmy na obwodnicę. Tak, obwodnicę Budapesztu.

Wspominał już o tym wcześniej. Lecz teraz widzimy w tym naszą szansę, pomimo, że wcześniej uważałem to za zbyt głupie, nawet dla nas. Nie mam innego planu, niech się dzieje co ma się dziać, idziemy. Mógłbym skopiować ostatnie słowo poprzedniego zdania i zapełnić jego kopiami całą stronę. Było ciężko, po drodze nic ciekawego, jakieś łąki, wiocha. Później tory, a za nimi… Budapeszt, ponownie, kurwa mać, chwilę dalej znowu brak cywilizacji, mijamy kilka średniej klasy dziwek, które myślą, że przyszliśmy tu z myślą o nich (głupsze od nas?) i dochodzimy do małego ronda. Dalej jest obwodnica. Tak jak kurwa myślałem, nie ma tu jebanej możliwości aby złapać cokolwiek. Na samą obwodnicę nawet nie próbujemy wychodzić. Podejmujemy na niedługo wyzwanie by złapać kogoś za rondem, bezskutecznie.

Kilka(naście?) kilometrów z buta na marne, aby zobaczyć jebaną obwodnicę i zjeść przy niej pasztet. Zaciekawił nas za to typ, który przez ten cały czas, siedział przy moście, między barierkami, jakieś sto metrów od nas. W okolicy (chyba) nie było nic, totalnie, no ale jego zagadki dziś nie rozwiążemy. Ze świadomością przegranej bitwy, wracamy, do najbliższego przystanku, z którego odjeżdża jeden autobus, więc przynajmniej nie mamy dylematu pod tytułem „Czy ten autobus jedzie dobrze?”. Tak na prawdę nawet nie wiemy gdzie chcemy wrócić. Wpadamy na pomysł, żeby sprawdzić w Internecie, gdzie najlepiej łapać okazję w Peszcie, okazuję się, że bus wysadza nas przy stacji metra (dobry punkt orientacyjny), a tuż obok jest McD (darmowy Internet). Super! Wychodzi na to, że jesteśmy w całkiem niezłym miejscu, z którego można się łatwo dostać na drogi wylotowe. Tylko szkoda, że czytamy to teraz, nie dwa dni temu, nie wczoraj, kurwa.

Okazuje się, że według sieci najlepsze miejsce to… przystanek , gdzie łapaliśmy stopa na samym początku i stwierdziliśmy, że to gówniane miejsce. No ja pierdole, pięknie, nie? Lekko załamani wracamy do punktu wyjścia (wyjazdu), gdzie odnajdujemy jakże wymowny napis na znaku „chujowo ale stabilnie”, coś w tym jest.

Zatrzymuje się furka, podbiegam, odjeżdża, jakby życie nie zakpiło sobie z nas już wystarczająco. Aż chciałem pocisnąć w nią kamieniem. Niedługo później zatrzymał się kolejny samochód, którego nie zauważyliśmy, haha, i gdyby nie interakcja z innym kierowcą to pewnie dalej łapalibyśmy tam stopa. Podbiegam, tym razem efektywnie i po chwili uradowani jedziemy do granicy z Serbią. Kierowca bardzo miły, dobrze postawiony w korpo gość w średnim wieku, dowozi nas wieczorem na stację benzynową przed Seged, kilka kilometrów od granicy. Woo-Hoo! Udało nam się wydostać z Budapesztu! Kupujemy najtańsze dostępne winko i świętujemy. Standardowo, rozbijamy namiot za budynkiem, skąd widzimy sporo zaparkowanych tirów, które dobrze rokują na jutro. A raczej rokowałyby, gdybyśmy wstali wcześniej, a nie jak zwykle, po pięćdziesiątym pipczeniu budzika.

Test w oryginale z 2014r. Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ

DSCF0273 DSCF0281 DSCF0280 DSCF0274 DSCF0286 DSCF0284 DSCF0288 DSCF0291

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część druga. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/05/19/autostop-aten-majowka-2014-czesc-druga/feed/ 0 47.1624947 19.5033035
Autostop do Aten. Majówka 2014. Część pierwsza. http://hihigh.pl/2017/05/13/autostopem-aten-majowka-2014-czesc-pierwsza/ http://hihigh.pl/2017/05/13/autostopem-aten-majowka-2014-czesc-pierwsza/#respond Sat, 13 May 2017 16:48:03 +0000 http://hihigh.pl/?p=1217 Autostop siedział w mojej głowie już od jakiegoś czasu. Gdy w tym roku ogłoszono cel popularnego wyścigu – Walencia – stwierdziłem, że to jest ten czas. Kompana znalazłem już po chwili (choć szczerze liczyłem na jakaś damę, no ale kto pierwszy ten szybszy), Bobek akurat rzuca pracę, więc jest dwóch Robertów, którzy nie widzieli się ponad dwa lata. Kilka dni przed planowanym startem zmieniamy cel wyprawy na Ateny. Powodów jest.. Read More

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część pierwsza. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Autostop siedział w mojej głowie już od jakiegoś czasu. Gdy w tym roku ogłoszono cel popularnego wyścigu – Walencia – stwierdziłem, że to jest ten czas. Kompana znalazłem już po chwili (choć szczerze liczyłem na jakaś damę, no ale kto pierwszy ten szybszy), Bobek akurat rzuca pracę, więc jest dwóch Robertów, którzy nie widzieli się ponad dwa lata. Kilka dni przed planowanym startem zmieniamy cel wyprawy na Ateny. Powodów jest kilka, po pierwsze do Hiszpanii prowadzą takie same autostrady, przez zachodnią Europę, a doga do Grecji przez Bałkany wydaje się ciekawsza, po drugie perspektywa dotarcia we dwóch, startując wraz z ponad tysiącem innych osób wydawała się marna. Plus niedoświadczenie, ale o tym będzie później.

DSCF0197stoptrasa

Do Krakowa jadę dzień wcześniej. Wstajemy skoro świt, jedziemy do centrum, gdzie spotykam się z Bobkiem. Pierwszy cel – przystanek Opatkowice. R kupuje bilety na miejski transport, dzięki czemu ratuje mnie przed mandatem i po chwili jesteśmy na wylocie na Chyżne. Dojeżdżamy do Rabki, gdzie spotykamy innego stopowicza (co to w ogóle za słowo? Hehe), który jedzie do Rzymu. Oczywiście on jako pierwszy musiał coś złapać, a my sobie jeszcze chwilę poczekaliśmy. Pogoda była do dupy, co było chyba naszym największym plusem. Co chwilę padało, może nasz widok w deszczu wywoływał większą empatię u ludzi? Chuj w to, ważne, że szło nam całkiem nieźle. Minęliśmy granicę ze Słowacją, następnie Dolny Kubin, Rozemborok, w Banskiej Bystricy kierowca,  z którym jechaliśmy wcześniej po bardzo fajnej krętej, leśnej drodze wyprzedzając na trzeciego, wysadził nas gdzieś w centrum miasta, na szczęście na stacji benzynowej, bo deszcz nakurwiał niesamowicie.  Nasz cel na ten dzień – Budapeszt – oddalał się na horyzoncie. Ustalamy naszą lokalizację, pogoda lekko się poprawia, ruszamy. Z buta, w stronę wylotówki, po kilku minutach znowu deszcz, kurwa,  idziemy wzdłuż rzeki, po drodze pytając jakiejś panny na przystanku „Którędy do Budapesztu?”. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie jakie to było głupie, ale to nie ważne, bo dostrzegamy estakadę. Drogę, która zdecydowanie jest „naszą drogą”, hehe. Szkoda, tylko, że nie zauważamy chodnika, który idzie po prawej stronie drogi, tylko idziemy pomiędzy rzeką a drogą szybkiego ruchu, po trawie, w ulwie. Po kilkuset metrach pozostało nam tylko przeskoczyć nad barierką i przebiec przez kilka pasów ruchu. Droga na nasze (nie)szczęście należała do dość uczęszczanych. Na stacji niby fajnie bo jest dach – nie pada, ale buty mam całkowicie przemoczone, tak, że czuję w środku wodę. Podjeżdża VW Transporter, wysiada kilku łysych koksów, chwilę zastanawiamy się czy podbijać do nich, ale widząc, że jeden z nich otwiera piwko, podchodzę. Gadka po polsko-słowacku z jednym z nich, tak się złożyło, że trochę rozumiał po naszemu, pracował jakiś czas w Bełchatowie. Nie jadą za bardzo wzdłuż trasy, którą my chcemy się przemieszczać, ale mają akurat dwa miejsca i jadą do Lewic, które są  według nich zaledwie kilka kilometrów od przejścia granicznego w Sahach, do którego zmierzamy. Pytamy czy piją polską wódkę, dzięki czemu miejscówki mamy zaklepane. Podróż z nimi mija dość szybko i śmiesznie, z racji Żołądkowej przepijanej ich browarkami, wzajemna nauka języków (homkaj! Hehe), jesteśmy u celu. Tyle, że nie do końca Lewice są tam gdzie miały być. Zamiast kilku, jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od granicy, co i  tak uważamy za sukces. Jest już ciemno, trochę się podsuszyliśmy, próbujemy jeszcze przez chwilę złapać coś na stacji benzynowej, ale wśród samochodów trudno było dopatrzeć się rejestracji innej niż miejscowa. Rozbijamy namiot za stacją, kilka piwek, konserwa i idziemy w kimę.

DSCF0202

Rano jak się okazało, ta miejscówka była jeszcze gorsza niż się spodziewaliśmy, zjechaliśmy z głównej trasy prowadzącej do Budapesztu, więc złapanie stopa w tamtym kierunku graniczył z cudem. Ale nie poddajemy się, szybkie zakupy w markecie, rozeznanie w terenie na mapach i idziemy na wylotówkę, przynajmniej tak myślimy. Godzina, dwie, kolejna miejscówka, kolejna godzina, w końcu decydujemy się na marsz, próbując coś złapać po drodze. Zatrzymuje się jeden samochód, który może nas powieźć dwieście metrów, do skrzyżowania, dzięki. A już się kurwa cieszyłem. Za skrzyżowaniem jest… kolejne skrzyżowanie, hehe, gdzie teoretycznie dwie drogi nam (nie)pasują, jedna z drogowskazem na granicę (bardzo mała, rzekł bym wiejska droga), druga w kierunku naszej pierwotnej trasy. Wybieramy opcję numer jeden. Pudło. Choć widząc obie trasy, obie były trafione jak rzuty za trzy Shaqu’a. Od początku, te miejsca wyglądały delikatnie mówiąc źle. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu na podjęcie decyzji –  autobus. Choć z jednej strony była to porażka dla naszych ambicji, to perspektywa wakacji w Lewicach nie była mocno zbliżona do naszego celu. Jest przystanek, jest rozkład, da się zrozumieć nawet, że autobus jedzie do granicy, lecz rozkład był totalnie nieczytelny, nie rozumiałem nic. Z pomocą przyszedł napotkany Słowak, mamy półtorej godziny. Stacja, piwko, blancik, chwila łapania, albo bardziej beki z tego co się dzieje, autobus.

DSCF0211

Wysiadamy w Sahach, przy granicy z Węgrami, a od wczoraj powinniśmy być w Budapeszcie, dodatkowo odstąpienie od stopowania na rzecz autobusu wkurwia wewnętrznie. Na (jakże by inaczej) szczęście dość prędko łapiemy okazję przy stacji benzynowej i w ten sposób dojeżdżamy do Retsagu, niedużej mieściny, chwila zwiedzania wzdłuż głównej drogi, zatrzymujemy się przed torami kolejowymi, jest zatoczka, elegancko. Obok małolaci jeżdżą na deskach, jest klimat. Zatrzymuje się Węgier jadący ze swoim kotem, i w ten sposób jesteśmy w Budapeszcie. Haha! Wysiadamy w centrum, wyciągamy nasze toboły z bagażnika i… dostajemy dwa tysiące forintów… na piwo! Hehe, kierowca z chęcią napił by się z nami, ale musi coś tam zrobić, więc mamy napić się za jego zdrowie, nic prostszego, hehe. Znajdujemy nasz hotel, niestety, darmowa rezerwacja na wczoraj jest już nieaktywna, zmęczeni, głodni… najebki, kupujemy pokój za dwadzieścia-parę euro, prysznic, rzut plecakiem o podłogę i ruszamy na miasto. Chcę znaleźć klub, w którym byłem przy okazji poprzedniej wizyty w stolicy Węgier, lecz nie znając jego nazwy było to dość ciężkie, kupujemy najtańszy prawie-rum i idziemy w stronę Dunaju, zatrzymując się, popijając flakon i robiąc foty przy każdej reprezentatywnej miejscówce (no może zdjęć nie robimy wszędzie). W ten sposób flaszka pęka szybko, kupujemy następne najtańsze mocne gówno, nawet ekspedientka nie kryje zdziwienia naszym wyborem (czyt. Śmieje się z nas). Pytamy o lokal, poznajemy ludzi, kojarzymy coraz mniej. Ostatecznie poznajemy dwóch Włochów, zerujemy z nimi flakon i idziemy na imprezę i… nie wierzę! To chyba ten sam klub, który mam w pamięci, tylko coś bardziej elegancko, na ścianach ładnie położona farba w miejsce setek tagów i podpisów bywalców, reszta identyczna. Idziemy do baru, Włosi stawiają, parkiet, bar, parkiet, bar. Nawet grające techno mi nie przeszkadzało, aby próbować podrywać Madziarki.Ostatecznie i tak nic z tego (chyba) nie wyszło, a ja zgubiłem Bobka. Tak naprawdę zniknął mi z radarów już parę godzin temu, ale teraz gdy świta, ja trochę wytrzeźwiałem robiąc popisy na densflorze, więc wypadało by go znaleźć, tym bardziej, że (chyba) on ma klucz do hotelu. Klub ma trzy poziomy i srylion sal, nie jest lekko, ale udaje się, na (nie)szczęście Bobi jest jeszcze bardziej porobiony niż ja, idziemy spać. Jest szósta, a o dziesiątej mamy czek-aut. Jak zwykle. Kupujemy podobno po drodze dwa piwa za dziesięć euro, poza zderzeniem Bobka z lampą i  fikołków w hotelowym holu, to powrót bez historii.

DSCF0222

DSCF0228

DSCF0252

Jak się w ogóle później okazało, koleżanka po zdjęciach doszła do tego, że jednak byłem w innym klubie niż poprzednio (teraz „Insztad”, wcześniej „Szimpla”), lecz oba znane podobno dość mocno. Bądź świadomy.
Po kliku godzinach snu, za które swoją drogą przepłaciliśmy dość. Pobudka, prysznic, gibon, wymeldowanie, śniadanie w postaci jogurtu i mineralnej już po wyjściu z hotelu.  Idziemy do pobliskiego parku, kolejny gibon, trzeba jeszcze trochę odpocząć, kładziemy się na trawie, krótka drzemka i zaczynamy myśleć jak dostać się na wylot na M5. Nie idzie nam to zbyt dobrze, robi to za nas pani w informacji turystycznej, wymieniamy jeszcze awaryjnie kilka euro na forinty, choć myślimy, że te już nam się wcale nie przydadzą, no może w drodze powrotnej.  Jedziemy kilka stacji metrem, przesiadka na autobus, wysiadamy na ostatnim przystanku przy trasie, która za kilkaset metrów zmienia się w autostradę. Jest zatoczka dla autobusów, wszystko spoko, oprócz tego, że samochody zapierdalają tutaj dość szybko, a więc logicznie, ciężej kogoś zauważyć, wyhamować, pomyśleć w ogóle. Po kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że prędzej złapiemy tu depresję niż stopa, więc ruszamy dalej, w poszukiwaniu lepszych miejsc. Teraz zaczyna się chyba najgorszy moment (doba) naszej wyprawy, nie było by to takie chujowe, gdyby nie wielkie, ciężkie plecaki, które towarzyszyły nam w doli i niedoli.  Nawet teraz jak to piszę to śmieję się z naszej głupoty, oczywiście wszystko na własne życzenie. Poszliśmy wzdłuż trasy (za chwile autostrady), za barierkami, przełajem, w pełnym kurwa rynsztunku na dłuuugi kurwa spacer. Minęliśmy kilka supermarketów, byliśmy na totalnym wypizdowiu, przy wjeździe z jakiejś małej drogi na M5 w naszym kierunku. Miejsce wydawało się być idealne (do łapania stopa), spodobało nam się tak bardzo, że do zmierzchu nasze położenie pozostało stabilne. Nikt się nie zatrzymał, choć furek przejechało dość sporo, trudno. Po totalnie nieudanym dniu rozkładamy namiot, piwko, idziemy spać myśląc, że kolejny dzień przyniesie nowe perspektywy.

Test w oryginale z 2014r. Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ

Pierwsza noc Pierwsza noc łapiemy! DSCF0207 łapiemy początek tak było dróga noc pod namiotem dom DSCF0272 powrót do hotelu DSCF0253 Włosi DSCF0249 DSCF0246 Bupdaeszt DSCF0238 Bupdaeszt Bupdaeszt Bupdaeszt "Wóda" DSCF0215 DSCF0214 DSCF0211

Artykuł Autostop do Aten. Majówka 2014. Część pierwsza. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/05/13/autostopem-aten-majowka-2014-czesc-pierwsza/feed/ 0 48.6690254 19.6990242
Majówka 2016, część 2. Ukraina – fotorelacja. http://hihigh.pl/2017/01/03/majowka-2016-czesc-2-ukraina/ http://hihigh.pl/2017/01/03/majowka-2016-czesc-2-ukraina/#respond Tue, 03 Jan 2017 11:43:16 +0000 http://hihigh.pl/?p=1109 Ukraina, jednocześnie tak nam bliska i niepoznana. Wybierając się tam po raz drugi nie miałem zbyt wielkich planów. Moja wizyta miała być jedynie małym wstępem i zakończeniem wyprawy do Azji Centralnej. Można powiedzieć, że pierwszą częścią relacji z zeszłorocznej majówki jest wpis z lotniska w Iwanofrankiwsku. Choć tak naprawdę we Lwowie byliśmy wcześniej, a w Kijowie i wcześniej i później, to aby Wam (głównie sobie) było wygodniej wrzucę to wszystko.. Read More

Artykuł Majówka 2016, część 2. Ukraina – fotorelacja. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Ukraina, jednocześnie tak nam bliska i niepoznana. Wybierając się tam po raz drugi nie miałem zbyt wielkich planów. Moja wizyta miała być jedynie małym wstępem i zakończeniem wyprawy do Azji Centralnej. Można powiedzieć, że pierwszą częścią relacji z zeszłorocznej majówki jest wpis z lotniska w Iwanofrankiwsku. Choć tak naprawdę we Lwowie byliśmy wcześniej, a w Kijowie i wcześniej i później, to aby Wam (głównie sobie) było wygodniej wrzucę to wszystko do jednego wora, a wór do jeziora. Cytując klasyk, nie używając cudzysłowu.

Nasz pobyt we Lwowie to zaledwie kilka godzin. W oczekiwaniu na pociąg połaziliśmy trochę po starym mieście, zjedliśmy obiad, odwiedziliśmy lokalny browar „Prawda”. Fajnie, ale za krótko.

W stolicy Ukrainy mieliśmy przesiadki między lotami, prawie cały dzień do wykorzystania przy locie w jedną i w drugą stronę. Po dotarciu z lotniska na Majdan, zrobieniu sobie zdjęć z egzotycznym ptakiem typu gołąb, zjedzeniu ukochanego barszczu, pojechaliśmy do domu, rezydencji byłego prezydenta tego kraju, zwanej meżyhirią. Z centrum jest to kawałek drogi, najtańszą opcją jest dojechanie metrem do stacji Heroiv Dnipra, a następnie przejazd marszrutką bądź taxibusem. Na miejscu można wynająć rowery lub inne środki transportu, i jeśli nie masz całego dnia ( i masz w sobie choć pierwiastek sportowca, tak jak my), mocno polecam. Teren jest przeogromny, wg popularnej pedii ma niecałe 140 hektarów. Na jej terenie znajduję się min. pole do golfa, lotnisko, garaż – muzeum, prywatne zoo, kilka rezydencji oraz zacumowany Galeon. Pewnie sporo pominąłem, przez pół dnia na jednośladach nie byliśmy w stanie zobaczyć wszystkiego. Szok, jak można było (ciągle można) żyć w takim przepychu, gdy kraj pogrążony był w biedzie. Szok, gdy zjeżdżając z dość sporej górki przestaje mi działać tylny hamulec.

W drodze powrotnej sporo czasu zajęły nam sprawy organizacyjno-śniadaniowo-obiadowe. A delikatnie nadszarpnięty budżet (przez mój wyszarpany do końca, łącznie z portfelem), kiepska pogoda i zmęczenie ograniczył nasz pobyt do spróbowania miejscowego piwka. Za ostatni hajs. Zostawiając sobie tylko parę hrywien na najtańszy nocleg w Iwano Frankiwsku.

Zdjęcia autorstwa Kadiego, oraz moje polecam oglądać w pełnej rozdzielczości.

Teatr Piwa "Prawda", Lwów Teatr Piwa "Prawda", Lwów Teatr Piwa "Prawda", Lwów Teatr Piwa "Prawda", Lwów Lwów Lwów dsc_1305 Majdan Niepodległości, Kijów Majdan Niepodległości, Kijów Majdan Niepodległości, Kijów Majdan Niepodległości, Kijów Piwo oraz Majdan Niepodległości, Kijów Majdan Niepodległości, Kijów dscf0038-kopiowanie Barszcz ukraiński W drodze do willi Janukowicza Garaż - muzeum Garaż - muzeum 2 dscf0061-kopiowanie Garaż - muzeum 3 Garaż - muzeum 4 Garaż - muzeum 5 Garaż - muzeum 6 Garaż - muzeum 7 Garaż - muzeum 8 Garaż - muzeum 9 Garaż - muzeum 10 Garaż - muzeum 11 Garaż - muzeum 12 zoo bracia w zoo zoo zoo Geleon Dom Janukowycza Dom Janukowycza Losowa scena z ogrodu Majdan Niepodlegości Majdan Niepodległości dsc_1302 dscf0928-kopiowanie dsc_1295 dscf0924-kopiowanie dscf0936-kopiowanie

Artykuł Majówka 2016, część 2. Ukraina – fotorelacja. pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2017/01/03/majowka-2016-czesc-2-ukraina/feed/ 0 48.3794327 31.1655807
Nietypowe lotniska. Iwano Frankiwsk (IFO) http://hihigh.pl/2016/10/07/nietypowe-lotniska-iwanofrankowsk/ http://hihigh.pl/2016/10/07/nietypowe-lotniska-iwanofrankowsk/#comments Fri, 07 Oct 2016 15:31:59 +0000 http://hihigh.pl/?p=1063 Ten krótki wpis można potraktować jako prolog do relacji z Majówki. Iwano Frankiwsk był miejscem naszego wylotu do Kazachstanu. Aby się tam dostać wystarczyło pojechać Polskimbusem z Częstochowy (lub z Wrocławia, jeden chuj) do Rzeszowa, spędzić tam jedną, prawie darmową noc w Garden Inn, a następnie złapać blablacar do Lwowa. We Lwowie należało wypić kilka piwek, zjeść obiad i wieczornym pociągiem pojechać do Iwano Frankiwska. Taksówka z dworca, i około.. Read More

Artykuł Nietypowe lotniska. Iwano Frankiwsk (IFO) pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Ten krótki wpis można potraktować jako prolog do relacji z Majówki. Iwano Frankiwsk był miejscem naszego wylotu do Kazachstanu. Aby się tam dostać wystarczyło pojechać Polskimbusem z Częstochowy (lub z Wrocławia, jeden chuj) do Rzeszowa, spędzić tam jedną, prawie darmową noc w Garden Inn, a następnie złapać blablacar do Lwowa. We Lwowie należało wypić kilka piwek, zjeść obiad i wieczornym pociągiem pojechać do Iwano Frankiwska. Taksówka z dworca, i około czwartej rano zameldowaliśmy się pod lotniskiem., gdzie czas zatrzymał się kilkanaście (lub kilkadziesiąt) lat temu. Myślałem, czy nie wrzucić tego w cudzysłów, lecz nie wypada. Jest to oficjalny międzynarodowy port lotniczy. Choć nie wygląda.

Na początku maja można było stąd polecieć do Kijowa oraz do Stambułu. Dwa loty dziennie.Kolejną ciekawostką jest to, że było one przez większość dnia zamknięte, otwierano je jedynie na czas przylotów i odlotów.

dscf0004-kopiowanie
Tablica odlotów

Na dzień dzisiejszy siatka połączeń została lekko rozbudowana, do siedmiu kierunków, w czterech państwach (czyli lepiej niż nasz Radom). W środku znajduje się wielki hol, z równie wielkim żyrandolem. Nie ma tu strefy bezcłowej, ani podziału na terminale. Jest za to mini sklepik, który otwarto na niedługo przed godziną naszego odlotu, oraz stanowiska linii lotniczych, które pozostały zamknięte.

Hol
Hol
Hol
Hol

dsc_0042

Na piętrze mieści się, a właściwie mieściła kawiarnia, po której zostały tylko loże oraz barowa lada. Teoretycznie całkiem przyzwoite miejsce na drzemkę… dopóki obsługa lotniska, z niewiadomych przyczyn nie poprosi nas o zejście na parter.

Restauracja na piętrze
Restauracja na piętrze

Za jedynymi z niewielu oznaczonych drzwi mamy urząd pocztowy. Czynny? Nie wiadomo. Oprócz tego nie ma tam nic. Dosłownie. Puste, pozamykane lub nie, pokoje i korytarze. Można poczuć się jak w opuszczonym miejscu. A przecież pojawia się tu coraz więcej osób i mamy zamiar przedostać się stąd do Azji Centralnej. Czas apokalipsy w ukraińsko-polskim wydaniu.

dsc_0039

dsc_0034

Lekkim zdziwieniem były toalety, na poziomie -1, które na tle całego obiektu prezentowały się naprawdę nieźle. Były nawet całkiem stylowo oznaczone. Niestety zapomniałem zrobić sobie samojebki w lutrze, a zdjęć kolegów wrzucać nie będę;)

dsc_0055

Zbliżała się godzina naszego odlotu. Dwie panie, które według mnie obejmują większość stanowisk funkcyjnych, zaczynają odprawy bagażowe.

dsc_0064-kopia

Wystawianie biletów idzie w nie najszybszym tempie, szczerze mówiąc do dopełnienia szali absurdu brakowało tylko maszyn do pisania, które zastąpione były sprzętem elektronicznym. Po wydrukowaniu kart pokładowych wszyscy kierowani są za drzwi, do mniejszej sali, gdzie czekamy już na wejście na pokład. Zapomniałem przepakować chyba aparatu do podręcznego. Żaden problem. Przechodzę po taśmie przez otwór za zaplecze. Nikt nie robi problemu.

dsc_0065dsc_0067

Porządku na płycie lotniska pilnują te same panie, które zajmowały się odprawami, lecz przestaje nas to powoli już dziwić. Jesteśmy na Ukrainie, wszystko wydaje się być lekko szalone, a co najlepsze, idzie zgodnie z planem. Następny przystanek – Kijów. Jak do tej pory wszystko idzie według planu.

Poniżej kilka dodatkowych fot, większość autorstwa Kidd Kadiego.

dsc_0054 dsc_0049 dsc_0023 dsc_0032 dsc_0029

Artykuł Nietypowe lotniska. Iwano Frankiwsk (IFO) pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2016/10/07/nietypowe-lotniska-iwanofrankowsk/feed/ 1 48.9226341 24.7111168
Salonik Executive Lounge w hotelu DoubleTree by Hilton Kraków http://hihigh.pl/2016/08/26/executive-lounge-salonik-doubletree-by-hilton-krakow/ http://hihigh.pl/2016/08/26/executive-lounge-salonik-doubletree-by-hilton-krakow/#respond Fri, 26 Aug 2016 14:13:47 +0000 http://hihigh.pl/?p=1003 Podczas podróży spędzam noce w przeróżnych warunkach. Od spania pod chmurką, przez namioty, samochody, lotniska, bunkry (no prawie;), mieszkania (zarówno wynajęte jak i te, do których ktoś mnie zaprosi), hostele, ubytownie, gościnice, na (niekoniecznie) drogich hotelach kończąc. Jako, że narzekać nie lubię, postaram się opisać bardziej przyjazne człowiekowi miejsca, w których miałem okazję zagościć. Zaczynamy od DoubleTree by Hilton Kraków Hotel & Convention Center, bo tak brzmi pełna nazwa obiektu... Read More

Artykuł Salonik Executive Lounge w hotelu DoubleTree by Hilton Kraków pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
Podczas podróży spędzam noce w przeróżnych warunkach. Od spania pod chmurką, przez namioty, samochody, lotniska, bunkry (no prawie;), mieszkania (zarówno wynajęte jak i te, do których ktoś mnie zaprosi), hostele, ubytownie, gościnice, na (niekoniecznie) drogich hotelach kończąc. Jako, że narzekać nie lubię, postaram się opisać bardziej przyjazne człowiekowi miejsca, w których miałem okazję zagościć. Zaczynamy od DoubleTree by Hilton Kraków Hotel & Convention Center, bo tak brzmi pełna nazwa obiektu.

Hotel odwiedziłem na początku marca, salonik był świeżo po remoncie, dopiero kilka dni przed przyjazdem zostałem zapewniony, że podczas mojej wizyty wszystko będzie gotowe. Salonik znajduje się na ostatnim piętrze, tak jak pokoje executive. Aby posiadać do niego dostęp, należy zarezerwować właśnie taki rodzaj czterech ścian… lub mieć wysoki status członkowski w programie Hilton HHonors.

Dokładając do tego Gwarancję Najniższej Ceny, rezerwując najzwyklejszy pokój… otrzymałem zakwaterowanie w standardzie executive, z dostępem do saloniku za… niecałe 65zł. Szału nie ma, ale nie ma co narzekać.

Rozkład dnia prezentował się następująco (marzec 2016):

  • 7:00 – 10:00 – śniadanie
  • 10:00 -17:00 – snacki (m.in. orzeszki, owoce, batoniki)
  • 17:00 – 20:00  – ciepłe danie (gorące zakąski)
  • 7:00 – 20:00 – nielimitowane napoje bezalkoholowe (soft drink, kawa, herbata) oraz piwo i wino

Śniadanie jadłem w restauracji hotelowej, więc nie wiem jak wygląda to w saloniku. Odwiedziłem go w porze wieczornej i nie zawiodłem się. Oprócz robertteamu, była tylko jedna para, a więc miejsca sporo, nawet jak dla nas.

DSC_0024

Na wejściu wita nas miła obsługa, zaraz obok widzimy telewizor i stanowiska z komputerami. Salonik pachnie świeżością, czuć, że został otwarty dosłownie przed chwilą. Całość wygląda bardzo ładnie i przestronnie, mamy poczucie komfortu. Jako przekąski możemy skosztować owoce, ciasteczka, orzeszki kanapki oraz sałatkę z mięsem. Do wyboru kilka sosów.

DSC_0014DSC_0030

Tego wieczoru na kolację serwowana była pieczeń z ryżem. Gdybym był Magdą G, pewnie doczepił bym się, że brakuje rozmarynu, soczewicy albo innego gówna. Ale nie jestem. Wszystko było super smaczne, a kelner zmieniał zastawę po każdym daniu, które często było jedną kanapką. Gdy poziom piwa w pokalu był na poziomie minimum, natychmiast proponował uzupełnienie zapasu. Bardzo przyjemnie, biorąc pod uwagę, iż z zasady panuje tam samoobsługa.

DSC_0029DSC_0011

Do posiłku możemy raczyć się kawą, herbatą, sokami, wodą oraz piwem i winem. Co więcej możemy to robić przez cały dzień, więc ludzie o podobnych zainteresowaniach co ja będą zadowoleni. Mocnych alkoholi brak (oczywiście, za odpowiednią opłatą można zamówić sobie dowolny trunek z baru), lecz należy pamiętać, że to „tylko” DoubleTree, a nie hotel matka tej sieci.

DSC_0020DSC_0013DSC_0015

Podsumowując, w Krakowie mamy dostęp do naprawdę ładnie urządzonego saloniku, nieźle wyposażonego, z obsługą na poziomie pięciu gwiazdek. Ceny pokoi w standardowych taryfach nie są strasznie drogie, porównując je z tym co otrzymamy w zamian. Salonik jak i sam hotel oceniam pozytywnie, na pamiątkę przybijam piątkę (jak zaczniecie płacić za artykuły będzie najwyższa ocena, hehe)!

Przepraszam za tragiczną jakość zdjęć, wszystko robiłem telefonem z przyczajki. Niby okej, ale jednak trochę siara.

Artykuł Salonik Executive Lounge w hotelu DoubleTree by Hilton Kraków pochodzi z serwisu HiHigh.

]]>
http://hihigh.pl/2016/08/26/executive-lounge-salonik-doubletree-by-hilton-krakow/feed/ 0 50.0646515 19.9449806