Poprzednia część tutaj.

Rano nie jest lepiej (zaskoczyłem was tym słowem wstępu, co?), zwijamy nasz obóz, chodzimy, pytamy, próbujemy też klasycznie (łapać stopa), nic. Albo nie mają miejsca, albo jadą gdzieś blisko, albo w ogóle nie chcą rozmawiać z nami. Dziwne, nie? Na parkingu po drugiej stronie trasy stoi zaparkowanych kilka ciężarówek, w tym jedna na polskich blachach. Do tego kierowcy Bobek zagadał już wczoraj, lecz gość czekał na załadunek. Rusza dopiero za dwa, czy trzy dni.

Poznajemy tam jednak miłych Serbów, którzy telefonicznie próbują nam załatwić jakiś transport. Wtem zjawia się kolejny Polak, który jedzie w to samo miejsce gdzie Serbowie. Dziękujemy pięknie za pomoc Bałkańczykom i wsiadamy pierwszy raz podczas tego tripu do TIRa. Ten nie jedzie zbyt daleko, ale nakręca swojego ziomka przez CB-radio i po chwili mamy dogodną przesiadkę. Nowa ciężarówka już na nas czeka, ściągamy buty i jazda. Tak, ten kierowca miał normalnie dywany na podłodze i sam jeździł w skarpetkach.

Z  nim dojechaliśmy do Katerinii, zatrzymaliśmy się na Olimpus Plaza, takie mini centrum handlowe, otwarte 24h. Sporo zaparkowanych tirów, wygląda to nieźle. Otwieramy Retsinę, bez skutku próbujemy przespać się w środku, na kanapach. Co gorsze (w perspektywie czasu) spotykamy dwóch innych stopowiczów z Polski. Gdy rozkładamy już namioty orientuję się, że… zgubiłem śpiwór, więc dziś śpię pod kartonami (totalnie nie polecam, zimno jak chuj, nie wiem jak Ci bezdomni tak żyją).  Pojawia się również kolejny stopowicz – żołnierz, ciekawa postać, śmieszna, choć momentami działał na nerwy jak przegrany zakład za sto tysięcy.

cz6004
Nie podoba mi się to, ale zgodziłem się, więc pretensje mogę mieć jedynie do siebie. Zagraliśmy z konkurencją, o to kto podbija do jedynego polskiego ciągnika (takiego od TIRa, nie do traktora) na parkingu. Rzut monetą, kurwa mać. Dobrze, że zdążyłem zrobić sobie zupkę chińską przy pomocy ich grzałki, bo chwilę później chłopaki byli w drodze do domu. Dochodzi południe, parking już prawie pusty, podbijam praktycznie do każdej osoby, która miała okazję się tutaj zatrzymać. Nie wiemy, czy chcemy wracać przez Serbię czy przez Bułgarię, wolimy szybciej i łatwiej, ale gdzie jest szybciej? Gdzie jest łatwiej? Chyba nigdzie. Ja osobiście wolał bym przejechać się inną trasą niż w drodze na południe, ale gdzie się uda, tam będzie super. Próbujemy przy wjeździe, na darmo, nawet nasze olbrzymie tablice nie dały rady, ostatecznie jesteśmy przepędzeni przez służbę drogową… co wychodzi nam na dobre.

cz6006

Średnio-młoda para Bułgarów decycuje się nas podwieźć do granicy. Woo-hoo! Choć, ze smutkiem mówią, że nie mogą zabrać trzech osób (pewnie liczyli na to, że podróżujemy razem), nam to odpowiada, żołnierz zostaje, my jedziemy. Po drodze, dogadujemy się, że możemy pojechać z nimi aż do Sofii. Choć zarzekaliśmy się wcześniej, że nie wjeżdżamy już do żadnego miasta, tylko trzymamy się trasy… lądujemy około dwudziestej pierwszej w stolicy Bułgarii.

Wcześniej zatrzymaliśmy się na chwilę w urokliwej restauracji nad brzegiem rzeki, w której bez zastanowienia wydajemy ostatnie dziesięć euro na obiad, składający się z kiełbasy, ziemniaków i piwa. Smaczne, ale spodziewałem się, że za taki hajs to mogę rządzić tu przez miesiąc, a nawet się nie najadłem. Piwo, samotnie, uratowało cały zestaw. Dodatkowo nasi współpasażerowie zamówili jedynie zupę i kawę. Musieli pomyśleć „ co za debile, wydają tyle kasy na obiad a jeżdżą stopem?!” Hehe.

cz6008

Jesteśmy w centrum Sofii, pierwszy punkt zwiedzania – piwo, kolejny – Internet. Sprawdzamy jak najlepiej wyjechać stąd rano i gdzie najlepiej rozbić namiot. Piwo się kończy, lub nie, lecz widząc monopol, wchodzę. Rakija w takiej cenie, że grzech nie kupić. Biorę pół litra za jakieś czternaście złotych. Bingo. Jesteśmy przy parku, który polecają w internecie, lecz jest ciemno i ponuro, nie ma melanżu.

Idziemy dalej, siadamy na schodach przy większej ulicy. Ogarniam karty do aparatu, bo miejsca brak, rozpijamy rakiję. Bobek widzi pomnik, który chce zobaczyć z bliska, idziemy. W ten sposób przypadkiem trafiamy na epicentrum melanżu. Pod pomnikiem kilka(naście) grup młodych ludzi popija sobie alkohole, jedna z ekip ma nawet ze sobą porządny głośnik, z którego rozchodzi się muzyka na cały park. Podchodzi do nas policjant, pyta czy jest jakiś problem, odpowiadamy ze śmiechem, że nie, ten idzie dalej. Z głośnika zaczynają dobiegać breakbeaty, czasem jakiś raps, podbijamy do jak się okazało punków, wesoła gromadka, spędzamy z nimi może z pół godziny, po czym chcieli abyśmy poszli z nimi gdzieś do baru. To nie był do końca nasz klimat, na dodatek ich dupeczki były naj-sła-bsze, nie dla mnie takie zabawy. Podchodzimy do kolejnej grupy ławkowiczów, a jeden z nich pyta:

– Co wy pijecie?
– Rakiję!
– No widzę, ale to Rakija… ze sklepu…
– No a skąd ma być?
Ten się krzywi niczym koła w szosie na polskich drogach. Wyciąga z plecaka butelkę po 0,7 łychy, mówiąc – to jest Rakija! Pędzona przez nas! No i się zaczęło. Jedna, druga flaszka, zabawne dialogi, ludzie naprawdę bardzo w porządku, w pewnym momencie Andy pyta gdzie śpimy? Ja najebany już mocno, mówię, że chociażby tutaj, w parku. Rozbijamy namiot i chuj. Ten mówi, że nie ma mowy, że mamy iść spać do niego. Super!

Po drodze schodzimy z chodnika, idziemy betonowym brzegiem rzeki. A może to był kanał? Nieważne, w końcu po kilku kilometrach, oraz kilku butelkach Rakii dochodzimy do naszego celu.  Andy prosi abyśmy byli w miarę cicho, bo pod nimi mieszka właściciel, ale ziomkiem, który śpi na materacu w przedpokoju nie przejmuje się wcale. Mieszkanko małe, ale z duszą, dosłownie, Rakija pod kiszone ogórki, do tego słoninka z sałatą i czymś tam, delicje. Serio, szacunek dla ludzi, którzy dadzą Ci wszystko, pomimo tego, że sami nie mają za wiele. Na dodatek znają cię od kilku godzin. Dużo gadki o podróżach, wymiana spostrzeżeń na różne tematy, ale przede wszystkim sporo dystansu do życia, radość!

Budzimy się przed południem, z dość solidnym kacem, Andyego nie ma, musiał iść na szóstą w nocy (rano) do pracy, Walentin został z nami. Ja spałem na materacu na ziemi, Bobek dzielił dziwne, zawieszone mniej więcej pół metra nad ziemią łóżko z kimś tutejszym, chyba. Bierzemy prysznic, chcemy pokazać tubylcowi trochę polskiego folkloru, ale net, którego prędkość przypominała mi mojego smartfona, w momencie, gdy wyczerpie się limit pobierania danych nakazuje nam przesunąć to na inny termin. Walentin wspomina coś o tym, że sam również musi iść do pracy, ale za mocno się tym nie przejmuje, nie pogania nas. Koło południa odprowadza nas na przystanek autobusowy, który zawiezie nas bliżej centrum. Nie mamy jeszcze pojęcia jak sie stąd wydostać, chcemy coś zjeść oraz liczymy na to,  że w informacji turystycznej znają miejscówki do łapania stopa. Nie znają.

cz6013

Nie zdziwiło nas to zbytnio. Szukamy „lotniska”, miejsca, gdzie trasa jest wyjątkowo szeroka, sporo dziwek, więc naturalnie powstał tam parking. Miejsca polecanego przez poznanego pod Atenami kierowcę ciężarówki. Naturalnie, w Sofii nikt nie wie czego szukamy, jedziemy więc busem na jakieś śmierdzące, cygańskie przedmieścia, a dalej z buta, licząc, że to „lotnisko” jest gdzieś blisko, yo. Idziemy, idziemy, po czym klasyczny chuj.

Jest coś co widać przed linią horyzontu, co może być tym stołecznym kurwidołkiem, ale biorąc pod uwagę odległość (w chuj) i teren (autostrada), rezygnujemy, wybieramy jako bazę wypadową niedużą stację Shell. Na tej stacji, Bobek dzwoni do kierowcy, o którym wspomniałem powyżej, dopytując o to „lotnisko”, okazuje się, że drajwer, jest w trasie, jutro będzie jechał przez Sofię, więc możemy się z nim zabrać.

Nie jest to najlepsze wyjście biorąc pod uwagę, że mamy jakieś dwadzieścia cztery godziny, nie za dużo pieniędzy (całe nic) i jesteśmy na jakimś zadupiu. Moglibyśmy próbować łapać coś wcześniej, ale po co? Możemy kupić wino! No to kupiliśmy, wino oraz coś w kolorze kawy z mlekiem, z dziwną etykietą, sami rozumiecie o co chodzi, gdy trzeba kupić TO. To co prawdpodobnie będzie ohydne, ale coś w środku, oraz często obok (np. głupkowaty kompan) mówią Ci – kup to!

Pierwsza butelka ląduje na podłodze, plastik pękł, trudno. Bierzemy nową. Super kurwa napój okazał się chujo-wie-czym o chujowym smaku, do tej pory jak sobie przypomnę, czuję to (a wcale tego nie chcę). Zwiedzamy jakieś okoliczne pustostany, z nadzieją, że znajdziemy jakiegoś cygana. Pijemy wino, czekamy na jutrzejszy transport.

cz6025

Gdy rozkminiamy już gdzie rozbić namiot, na stację wieżdża mała ciężarówka na Trójmiejskich blachach. Gość nie jedzie za bardzo w naszym kierunku, ale oferuje, że podrzuci nas do granicy z Rumunią. Okazuje się jednak, że jego cel uległ zmianie. Nie będzie centralna część tego kraju, lecz… Szeged, Węgry! Woo-Hoo! Spędzamy noc w kabinie, przy włączonym mega mocnym ogrzewaniu, ale to i tak było najsuper w porównaniu na nocy w namiocie bez śpiwora. Byliśmy pewni, że z aktualnym kierowcą dojedziemy już do Warszawy, lecz okazało się, że będzie on miał jeszcze jeden załadunek, już nie pamiętam gdzie, ale może nas rzucić pod Budapesztem.

Nie jest źle, już nawet mamy w planie, by najebać się z nim do rana i wracać razem, ale gdy zerowaliśmy tanie winko, zobaczyłem młode małżeństwo na podwarszawskich tablicach, chwila rozmowy i… jesteśmy w drodze do Wwa! Meta w stolicy z prostego powodu – WC, hehe, Warsawa Chalange. Czułem już jak od nas śmierdzi, przysyokolo godziny pialiśmy ze zmęczenia, ogólnie podziwiam tych ludzi i polecam bardzo. Podwieźli nas w samo centrum, nad Wisłę, gdzie czekał na nas Słomka, Trepson i jakieś małpy. W sobotę, piątej rano, dojechaliśmy do celu. Czternaście dni, ponad cztery tysiace kilometrów, udało się!

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć poniżej:


Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.