Poprzednie części tu i tu. I tu.

Pierwszy dzień, w którym po przebudzeniu nie myśleliśmy o kolejnych etapach podróży. Rano, idziemy do centrum, jest bardzo wcześnie a słońce nakurwia już mocno. O to chodzi! Sprawdzamy Hoteltonight, lipa, nie stać nas na nic z darmowych środków, liczymy na to, że później się coś zmieni, ponieważ dzień wcześniej była możliwość zabookowania dwóch nocy za friko, dziś jak na złość, moje niecałe czterysta złotych wystarczy na jeden nocleg… nieopodal zjazdu z obwodnicy, który opuściliśmy rano. Idziemy jakąś godzinę z buta, później metrem (linią #1, która jest całkowicie zbombiona) docieramy na Omonię.

DSCF0331

Wcześniej widząc drogowskaz do marketu, lecz owego marketu nie widząc, pytamy miejscowych o drogę. Klasyczna beka, gdy ludzie pokazują ci palcem, – „ Właśnie tutaj! Stoicie pod wejściem”. Raczymy się włoskim winem z kartonu i rozmyślamy co dalej robić. Przydała by się informacja turystyczna, lecz nie che nam się jej szukać. Dowiaduję się natomiast, jak dostać się na plaże. I tutaj UWAGA ciekawostka.  Ateny są podobne do Częstochowy w jednym aspekcie. Oba miasta mają trzy linie tramwajowe, których tory na znacznych odcinkach tras się pokrywają. Można powiedzieć, że brakuje tylko morza. Hehe.

Jedziemy jednym z tramwajów, w środku na ekranach, które wyświetlają nawy przystanków, resetuje się system – Windows 2000. Taka mała pierdoła doskonale pokazuje jak wyjebane na wszystko maję Grecy. W Polsce po chwili było by mnóstwo komentarzy i narzekań, że milion lat za murzynami, że co ludzie pomyślą jak zobaczą czego się u nas używa. Nie tutaj. Nie trzeba gonić na ślepo za innymi, ważne by mieć w życiu relaks.

DSCF0332

Z okien tramwaju widać pierwszą plażę. Słyszeliśmy, że im dalej od centrum tym fajniej, ale kilka wysiadających osób z plażowym ekwipunkiem, oraz wielka chęć triumfalnej kąpieli w morzu, skłoniły nas aby wysiąść właśnie tu. Plaża dość brudna, rozbijamy się w sąsiedztwie dwóch samotnych dupeczek. Konkretnie blisko jednej, która uśmiechała się do mnie/do nas (jeśli czytasz to Bobek, to wykreśl sobie do mnie). Pijemy wino, wbiegamy do wody, polemizujemy nad krągłościami panny, która akurat czytała sobie książkę, leżąc na brzuchu. Kulturalnie, nie  są z nas przeca takie chamy. Poruszamy też inne tematy, wysnuwamy hipotezy czy dobrze się pierdoli, czy lubi anal i czy przy wyjątkowo dobrze wygrzanej bajerze moglibyśmy zrobić jej geng-beng. Przez chwilę myślę aby do niej zagadać , czy nie rzuciła by okiem na nasze rzeczy, lecz aktualnie jestem zbyt nieśmiały (czyt. trzeźwy).

Moment później ona spogląda na nas i pyta czy nie mamy może papierosa. Po Polsku. Co kurwa?! No ale nie mamy, nie palimy. Ona też nie, wiadoma sprawa. Szlugsa kołujemy w pięć sekund i przysiadamy się do koleżanki. Spalamy skręta i rozmawiamy między innymi o tym, dlaczego od razu nie uświadomiła nas, że rozumie wszystko co mówimy. Beka. Nakręcamy jej historię o naszej trasie, chce pomóc, ale nie wie co na to jej chłopak (ehhh), po czym idzie do domu po kolejnego gibsona i zapitkę do wódeczki. Spędzamy tak dość miło popołudnie, wymieniamy się numerami i idziemy łapać wifi aby w końcu zarezerwować hotel.

W mojej aplikacji, w którą naprawdę pokładaliśmy spore nadzieje dalej kaszana. Raz się żyje, zaszalejemy, rezerwujemy hotel za dziesięć euro od osoby na Omonii – jedynym miejscu, którego W. nam nie polecała. Powód był prosty –  ciężko było znaleźć coś tańszego, a dodatkowo bateria w smartfonie nie pozwalała na dłuższe poszukiwania. Klik, klik, zarezerwowane, jedziemy.

O ile poruszanie się metrem i tramwajami w Atenach jest dość intuicyjne, to szukanie naszego noclegu, bez mapy po zmroku już tak intuicyjne nie jest. W około dużo podejrzanych typków, więc lepiej nie afiszować się z tym, że nie znamy drogi. Pomaga nam starszy gość, który co prawda nie rozmawia po angielsku, powtarzam kilka razy nazwę ulicy, idziemy za nim. Po chwili dołącza do nas kolejny towarzysz, który próbuje nam opchnąć dragi, na szczęście my ustawiliśmy się na później z W., więc nie dajemy mu zarobić (zrobić nas w chuja?). Docieramy pod nasz hotel, szczęśliwi dziękujemy typowi za pomoc, on gdy zrozumiał, że jesteśmy Polakami powiedział „daj papierosa, kurwa!”, taki mały, patriotyczny akcent.

Na portierni mówią nam, żeby chwilę poczekać, bo aktualnie nie ma szefa. Po jakiś trzydziestu minutach, lekko wkurwieni pytamy co jest grane? Nie wiadomo, wyszedł do sklepu, nie wziął telefonu. Czekamy jeszcze chwilę, bierzemy prysznic by dowiedzieć się, że nie ma wolnych pokoi. No super kurwa, jest dwudziesta pierwsza, a my zmarnowaliśmy godzinę, która powinna być przeznaczona na melanż. Na portierni mają wyjebane, jak to Grecy, nie ich wina i już. Pani grająca w fejsbuka wykonuje kilka telefonów po czym jej koleżka prowadzi nas do innego hotelu. Ulicę obok jest dla nas pokój. Tańszy o całe pierdolone jeden euro. Jest klasycznie pewien szkopuł. Śpi już tam jeden Francuz. Wracamy.

Pok kolejnych kilku telefonach, okazuje się, że para z Ameryki północnej ma podobny problem, więc w czwórkę idziemy do kolejnego hotelu, tym razem wszystko jest okej. Oprócz tego, że otwierając nasz pokój złamałem klucz w zamku, hehe. Schodzę na dół, mówię, że mamy mały problem. Szefu otwiera nasze drzwi, lecz nie jest w stanie teraz naprawić zamka, chuj, mówi się trudno. Od środka możemy się zamknąć, gorzej od zewnątrz. Wychodzimy w imię zasady „raz się żyje”, albo raczej „co mogą nam zajebać? Brudne ciuchy”. Walimy po bombie rudej z szefem i jedziemy na plażę, spotkać się z W.

Ostatecznie spierdala nam ostatni transport do hotelu, a w naszej aktualnej okolicy nie dzieje się nic. Wielkie nic. Kupujemy piwka w nocnym kiosku ( co to dwa czy trzy euro za piwko, mając w pamięci tripy do Norwegii?) i ruszamy z buta. Porada praktyczna: Ateny nie są małe i przejście przez pół miasta z buta nie jest dobrym rozwiązaniem. Dochodzimy do stacji metra „Nowy Kosmos” i tutaj już nie ma chuja, żebym szedł dalej, pociąg mamy za pół godziny, w sam raz aby wypić browar do końca.

Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ