Poprzednie części tu i tu.

Wstaliśmy jak zwykle za późno. Wynurzam łeb z naszej willi, nie jest najlepiej. Na całym parkingu pozostało może z pięć pojazdów. Idę się umyć. Jest źle, w skutek awarii nie ma wody. Na stacji, w parkingowym kiblu, nigdzie. Dodatkowo wszyscy kierowcy, których udaje nam się zapytać o podwózkę, jadą do Rumunii ( jak się okazało, kilka kilometrów za tą stacją był zjazd do ojczyzny Drakuli, a większość aut jadących do Serbii zatrzymywało się na innym parkingu za miastem).

DSCF0298

Przez chwilę nawet rozważaliśmy tę opcję, szczególnie gdy poznaliśmy parę słoweńsko-amerykańską, która też zmierzała do Serbii, lecz uznali, że łatwiej będzie im dojechać tam przez Rumunię. W międzyczasie deszcz nakurwia kilkukrotnie, co nam tym razem nie pomaga, tylko wkuria. Na dodatek, ja głupi, zaraz po śniadaniu, na które zjedliśmy zimną fasolkę po bretońsku, spaliłem ostatniego gibona, bojąc się ryzyka kontroli na granicy. Teraz, nasi nowi znajomi właśnie wsiadają do ciężarówki, a my dalej stoimy na tej zasranej stacji.

W końcu, około siedemnastej, po całym jebanym dniu, udaje nam się złapać stopa pod same bramki graniczne. Tutaj, bez większych ceregieli, stajemy na bardzo szerokim odcinku drogi centralnie za czynnymi bramkami, po krótkim czasie zatrzymuje się czerwony Golf3. Wsiadamy, kierowca mówi coś po niemiecku, my wtrącamy coś po polsku, a w odpowiedzi słyszymy – Polaki! Kurwa mać! Wsiadajcie!

No To jedziemy z Mikim, wielkim człowiekiem. Pytamy go dokąd jedzie, ponieważ na naszej tabliczce napisaliśmy „Belgrad”, a liczę na to, że uda się dojechać gdzieś dalej. Makedonia! – odpowiada nasz gospodarz, okazuje się, że Miki wraca z Austrii, gdzie pracuje, do Macedonii, gdzie mieszka, a dokładnie do miejscowości położonej jakieś sto kilometrów od granicy z Grecją. Jedziemy! Długa trasa (prawie tysiączek), z kilkoma przerwami na kawę, minęła bardzo szybko, dużo śmiechu, nauczyłem się jednego słowa w jego języku, a Bobek nawet przez chwilę prowadził bolid. Tutaj czerwony kolor nie był przypadkowy, Miki całą trasę zapierniczał sto pięćdziesiąt. Nadmienić trzeba, że przy tamtejszych drogach, nasze Polskie są nieskazitelnie gładkie. Do granicy docieramy w środku nocy.

 

Żegnamy się z Mikim i rozmyślamy gdzie rozstawić nasz dom i uczcić najlepszy dla nas dzień macedońskim browarkiem.Pytamy na przejściu, babeczki w okienku, gdzie możemy rozbić namiot, ta wyraźnie zdezorientowana, wskazuje nam hotel z kasynem tuż przed bramkami. Sądzimy, że uda nam się podobnie jak u progu Serbii złapać kogoś od razu za szlabanem, więc zostajemy na noc w strefie buforowej między państwami. Piwko. Sen.

DSCF0312

Wstajemy dość wcześnie, lekko zdziwieni tym, że nikomu nie przeszkadzał nasz namiot w tym miejscu, szybkie suszenie tropiku z rosy, toaleta. Sprawdzamy sklepy „duty free”, drogo i nieciekawie. Przekraczamy granicę, piszę tabliczkę i parę metrów dalej ustawiamy się i czekamy, czekamy, czekamy.  Kupiliśmy wczoraj jeden chleb, który skończył się w nocy gdy tu dotarliśmy. Jemy pasztet popijając coca-colą, ludzie robią nam zdjęcia. Po kilku godzinach zaczynam się wkurwiać. Zatrzymuje się para Macedończyków, jadą gdzieś na wczasy, mówią, że mogą nas wyrzucić przy bramkach na autostradzie w kierunku Aten. Nie brzmi to zbyt dobrze, ale po dłuższym czekaniu w miejscu, każdy pomysł na ruszenie się z niego wydaje się budujący.

Wysiadamy na środku autostrady, obok komisariat policji i… nic więcej. Kilka knajp przy autostradzie, za barierką, często uprzedzona schodkiem, przy których kierowcy parkują sobie na poboczu, na relaksie, bez zbędnych stresów. Nie wiem co miały te obskurne budy, czego my nie mieliśmy  (no może, poza ciepłą szamą, hehe), ale cieszyły się dużo większym powodzeniem wśród kierowców niż my.

Po kilku godzinach w upale, po środku niczego, myśleliśmy nawet nad zmianą kierunku na Saloniki. Wtem zatrzymuje się mała ciężarówka na polskich blachach. Podbiegam, szybka gadka, że bez celu do Aten sobie śmigamy, gościu też akurat do stolicy Grecji jedzie więc wygrywamy! Prawie. Dojeżdżamy tylko do obwodnicy, ponieważ nasz kierowca odbija gdzieś  na rozładunek. Jest późny wieczór, jesteśmy u celu. Na mini polance pomiędzy kilkupoziomową estakadą i torami kolejowymi, ale udało się! Jesteśmy w Atenach! Na kolację kanapki z pasztetem, klasycznie, fit, czyli bez pieczywa. idziemy spać, tuleni do snu odgłosami pędzących aut i pociągów.

DSCF0320

Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ