Pierwsza część relacji dostępna tutaj.

No i kurwa są.  Rano spacer w stronę, z której przyszliśmy, tą samą chujową drogą, do sklepu, śniadanie i te sprawy, po czym wracamy na nasz ostatni spot. Okazuje się, że owszem, jest to wyjazd na trasę, ale po kilkuset metrach jest zjazd na inny market (jak ich nie nienawidzić?!), a miejscowa ludność w znakomitej większości zmierza właśnie tam. Niech ktoś mnie dobije, myślę sobie i pojawia się plan Bobka. Chodźmy na obwodnicę. Tak, obwodnicę Budapesztu.

Wspominał już o tym wcześniej. Lecz teraz widzimy w tym naszą szansę, pomimo, że wcześniej uważałem to za zbyt głupie, nawet dla nas. Nie mam innego planu, niech się dzieje co ma się dziać, idziemy. Mógłbym skopiować ostatnie słowo poprzedniego zdania i zapełnić jego kopiami całą stronę. Było ciężko, po drodze nic ciekawego, jakieś łąki, wiocha. Później tory, a za nimi… Budapeszt, ponownie, kurwa mać, chwilę dalej znowu brak cywilizacji, mijamy kilka średniej klasy dziwek, które myślą, że przyszliśmy tu z myślą o nich (głupsze od nas?) i dochodzimy do małego ronda. Dalej jest obwodnica. Tak jak kurwa myślałem, nie ma tu jebanej możliwości aby złapać cokolwiek. Na samą obwodnicę nawet nie próbujemy wychodzić. Podejmujemy na niedługo wyzwanie by złapać kogoś za rondem, bezskutecznie.

Kilka(naście?) kilometrów z buta na marne, aby zobaczyć jebaną obwodnicę i zjeść przy niej pasztet. Zaciekawił nas za to typ, który przez ten cały czas, siedział przy moście, między barierkami, jakieś sto metrów od nas. W okolicy (chyba) nie było nic, totalnie, no ale jego zagadki dziś nie rozwiążemy. Ze świadomością przegranej bitwy, wracamy, do najbliższego przystanku, z którego odjeżdża jeden autobus, więc przynajmniej nie mamy dylematu pod tytułem „Czy ten autobus jedzie dobrze?”. Tak na prawdę nawet nie wiemy gdzie chcemy wrócić. Wpadamy na pomysł, żeby sprawdzić w Internecie, gdzie najlepiej łapać okazję w Peszcie, okazuję się, że bus wysadza nas przy stacji metra (dobry punkt orientacyjny), a tuż obok jest McD (darmowy Internet). Super! Wychodzi na to, że jesteśmy w całkiem niezłym miejscu, z którego można się łatwo dostać na drogi wylotowe. Tylko szkoda, że czytamy to teraz, nie dwa dni temu, nie wczoraj, kurwa.

Okazuje się, że według sieci najlepsze miejsce to… przystanek , gdzie łapaliśmy stopa na samym początku i stwierdziliśmy, że to gówniane miejsce. No ja pierdole, pięknie, nie? Lekko załamani wracamy do punktu wyjścia (wyjazdu), gdzie odnajdujemy jakże wymowny napis na znaku „chujowo ale stabilnie”, coś w tym jest.

Zatrzymuje się furka, podbiegam, odjeżdża, jakby życie nie zakpiło sobie z nas już wystarczająco. Aż chciałem pocisnąć w nią kamieniem. Niedługo później zatrzymał się kolejny samochód, którego nie zauważyliśmy, haha, i gdyby nie interakcja z innym kierowcą to pewnie dalej łapalibyśmy tam stopa. Podbiegam, tym razem efektywnie i po chwili uradowani jedziemy do granicy z Serbią. Kierowca bardzo miły, dobrze postawiony w korpo gość w średnim wieku, dowozi nas wieczorem na stację benzynową przed Seged, kilka kilometrów od granicy. Woo-Hoo! Udało nam się wydostać z Budapesztu! Kupujemy najtańsze dostępne winko i świętujemy. Standardowo, rozbijamy namiot za budynkiem, skąd widzimy sporo zaparkowanych tirów, które dobrze rokują na jutro. A raczej rokowałyby, gdybyśmy wstali wcześniej, a nie jak zwykle, po pięćdziesiątym pipczeniu budzika.

Test w oryginale z 2014r. Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ