Autostop siedział w mojej głowie już od jakiegoś czasu. Gdy w tym roku ogłoszono cel popularnego wyścigu – Walencia – stwierdziłem, że to jest ten czas. Kompana znalazłem już po chwili (choć szczerze liczyłem na jakaś damę, no ale kto pierwszy ten szybszy), Bobek akurat rzuca pracę, więc jest dwóch Robertów, którzy nie widzieli się ponad dwa lata. Kilka dni przed planowanym startem zmieniamy cel wyprawy na Ateny. Powodów jest kilka, po pierwsze do Hiszpanii prowadzą takie same autostrady, przez zachodnią Europę, a doga do Grecji przez Bałkany wydaje się ciekawsza, po drugie perspektywa dotarcia we dwóch, startując wraz z ponad tysiącem innych osób wydawała się marna. Plus niedoświadczenie, ale o tym będzie później.

DSCF0197stoptrasa

Do Krakowa jadę dzień wcześniej. Wstajemy skoro świt, jedziemy do centrum, gdzie spotykam się z Bobkiem. Pierwszy cel – przystanek Opatkowice. R kupuje bilety na miejski transport, dzięki czemu ratuje mnie przed mandatem i po chwili jesteśmy na wylocie na Chyżne. Dojeżdżamy do Rabki, gdzie spotykamy innego stopowicza (co to w ogóle za słowo? Hehe), który jedzie do Rzymu. Oczywiście on jako pierwszy musiał coś złapać, a my sobie jeszcze chwilę poczekaliśmy. Pogoda była do dupy, co było chyba naszym największym plusem. Co chwilę padało, może nasz widok w deszczu wywoływał większą empatię u ludzi? Chuj w to, ważne, że szło nam całkiem nieźle. Minęliśmy granicę ze Słowacją, następnie Dolny Kubin, Rozemborok, w Banskiej Bystricy kierowca,  z którym jechaliśmy wcześniej po bardzo fajnej krętej, leśnej drodze wyprzedzając na trzeciego, wysadził nas gdzieś w centrum miasta, na szczęście na stacji benzynowej, bo deszcz nakurwiał niesamowicie.  Nasz cel na ten dzień – Budapeszt – oddalał się na horyzoncie. Ustalamy naszą lokalizację, pogoda lekko się poprawia, ruszamy. Z buta, w stronę wylotówki, po kilku minutach znowu deszcz, kurwa,  idziemy wzdłuż rzeki, po drodze pytając jakiejś panny na przystanku „Którędy do Budapesztu?”. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie jakie to było głupie, ale to nie ważne, bo dostrzegamy estakadę. Drogę, która zdecydowanie jest „naszą drogą”, hehe. Szkoda, tylko, że nie zauważamy chodnika, który idzie po prawej stronie drogi, tylko idziemy pomiędzy rzeką a drogą szybkiego ruchu, po trawie, w ulwie. Po kilkuset metrach pozostało nam tylko przeskoczyć nad barierką i przebiec przez kilka pasów ruchu. Droga na nasze (nie)szczęście należała do dość uczęszczanych. Na stacji niby fajnie bo jest dach – nie pada, ale buty mam całkowicie przemoczone, tak, że czuję w środku wodę. Podjeżdża VW Transporter, wysiada kilku łysych koksów, chwilę zastanawiamy się czy podbijać do nich, ale widząc, że jeden z nich otwiera piwko, podchodzę. Gadka po polsko-słowacku z jednym z nich, tak się złożyło, że trochę rozumiał po naszemu, pracował jakiś czas w Bełchatowie. Nie jadą za bardzo wzdłuż trasy, którą my chcemy się przemieszczać, ale mają akurat dwa miejsca i jadą do Lewic, które są  według nich zaledwie kilka kilometrów od przejścia granicznego w Sahach, do którego zmierzamy. Pytamy czy piją polską wódkę, dzięki czemu miejscówki mamy zaklepane. Podróż z nimi mija dość szybko i śmiesznie, z racji Żołądkowej przepijanej ich browarkami, wzajemna nauka języków (homkaj! Hehe), jesteśmy u celu. Tyle, że nie do końca Lewice są tam gdzie miały być. Zamiast kilku, jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od granicy, co i  tak uważamy za sukces. Jest już ciemno, trochę się podsuszyliśmy, próbujemy jeszcze przez chwilę złapać coś na stacji benzynowej, ale wśród samochodów trudno było dopatrzeć się rejestracji innej niż miejscowa. Rozbijamy namiot za stacją, kilka piwek, konserwa i idziemy w kimę.

DSCF0202

Rano jak się okazało, ta miejscówka była jeszcze gorsza niż się spodziewaliśmy, zjechaliśmy z głównej trasy prowadzącej do Budapesztu, więc złapanie stopa w tamtym kierunku graniczył z cudem. Ale nie poddajemy się, szybkie zakupy w markecie, rozeznanie w terenie na mapach i idziemy na wylotówkę, przynajmniej tak myślimy. Godzina, dwie, kolejna miejscówka, kolejna godzina, w końcu decydujemy się na marsz, próbując coś złapać po drodze. Zatrzymuje się jeden samochód, który może nas powieźć dwieście metrów, do skrzyżowania, dzięki. A już się kurwa cieszyłem. Za skrzyżowaniem jest… kolejne skrzyżowanie, hehe, gdzie teoretycznie dwie drogi nam (nie)pasują, jedna z drogowskazem na granicę (bardzo mała, rzekł bym wiejska droga), druga w kierunku naszej pierwotnej trasy. Wybieramy opcję numer jeden. Pudło. Choć widząc obie trasy, obie były trafione jak rzuty za trzy Shaqu’a. Od początku, te miejsca wyglądały delikatnie mówiąc źle. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu na podjęcie decyzji –  autobus. Choć z jednej strony była to porażka dla naszych ambicji, to perspektywa wakacji w Lewicach nie była mocno zbliżona do naszego celu. Jest przystanek, jest rozkład, da się zrozumieć nawet, że autobus jedzie do granicy, lecz rozkład był totalnie nieczytelny, nie rozumiałem nic. Z pomocą przyszedł napotkany Słowak, mamy półtorej godziny. Stacja, piwko, blancik, chwila łapania, albo bardziej beki z tego co się dzieje, autobus.

DSCF0211

Wysiadamy w Sahach, przy granicy z Węgrami, a od wczoraj powinniśmy być w Budapeszcie, dodatkowo odstąpienie od stopowania na rzecz autobusu wkurwia wewnętrznie. Na (jakże by inaczej) szczęście dość prędko łapiemy okazję przy stacji benzynowej i w ten sposób dojeżdżamy do Retsagu, niedużej mieściny, chwila zwiedzania wzdłuż głównej drogi, zatrzymujemy się przed torami kolejowymi, jest zatoczka, elegancko. Obok małolaci jeżdżą na deskach, jest klimat. Zatrzymuje się Węgier jadący ze swoim kotem, i w ten sposób jesteśmy w Budapeszcie. Haha! Wysiadamy w centrum, wyciągamy nasze toboły z bagażnika i… dostajemy dwa tysiące forintów… na piwo! Hehe, kierowca z chęcią napił by się z nami, ale musi coś tam zrobić, więc mamy napić się za jego zdrowie, nic prostszego, hehe. Znajdujemy nasz hotel, niestety, darmowa rezerwacja na wczoraj jest już nieaktywna, zmęczeni, głodni… najebki, kupujemy pokój za dwadzieścia-parę euro, prysznic, rzut plecakiem o podłogę i ruszamy na miasto. Chcę znaleźć klub, w którym byłem przy okazji poprzedniej wizyty w stolicy Węgier, lecz nie znając jego nazwy było to dość ciężkie, kupujemy najtańszy prawie-rum i idziemy w stronę Dunaju, zatrzymując się, popijając flakon i robiąc foty przy każdej reprezentatywnej miejscówce (no może zdjęć nie robimy wszędzie). W ten sposób flaszka pęka szybko, kupujemy następne najtańsze mocne gówno, nawet ekspedientka nie kryje zdziwienia naszym wyborem (czyt. Śmieje się z nas). Pytamy o lokal, poznajemy ludzi, kojarzymy coraz mniej. Ostatecznie poznajemy dwóch Włochów, zerujemy z nimi flakon i idziemy na imprezę i… nie wierzę! To chyba ten sam klub, który mam w pamięci, tylko coś bardziej elegancko, na ścianach ładnie położona farba w miejsce setek tagów i podpisów bywalców, reszta identyczna. Idziemy do baru, Włosi stawiają, parkiet, bar, parkiet, bar. Nawet grające techno mi nie przeszkadzało, aby próbować podrywać Madziarki.Ostatecznie i tak nic z tego (chyba) nie wyszło, a ja zgubiłem Bobka. Tak naprawdę zniknął mi z radarów już parę godzin temu, ale teraz gdy świta, ja trochę wytrzeźwiałem robiąc popisy na densflorze, więc wypadało by go znaleźć, tym bardziej, że (chyba) on ma klucz do hotelu. Klub ma trzy poziomy i srylion sal, nie jest lekko, ale udaje się, na (nie)szczęście Bobi jest jeszcze bardziej porobiony niż ja, idziemy spać. Jest szósta, a o dziesiątej mamy czek-aut. Jak zwykle. Kupujemy podobno po drodze dwa piwa za dziesięć euro, poza zderzeniem Bobka z lampą i  fikołków w hotelowym holu, to powrót bez historii.

DSCF0222

DSCF0228

DSCF0252

Jak się w ogóle później okazało, koleżanka po zdjęciach doszła do tego, że jednak byłem w innym klubie niż poprzednio (teraz „Insztad”, wcześniej „Szimpla”), lecz oba znane podobno dość mocno. Bądź świadomy.
Po kliku godzinach snu, za które swoją drogą przepłaciliśmy dość. Pobudka, prysznic, gibon, wymeldowanie, śniadanie w postaci jogurtu i mineralnej już po wyjściu z hotelu.  Idziemy do pobliskiego parku, kolejny gibon, trzeba jeszcze trochę odpocząć, kładziemy się na trawie, krótka drzemka i zaczynamy myśleć jak dostać się na wylot na M5. Nie idzie nam to zbyt dobrze, robi to za nas pani w informacji turystycznej, wymieniamy jeszcze awaryjnie kilka euro na forinty, choć myślimy, że te już nam się wcale nie przydadzą, no może w drodze powrotnej.  Jedziemy kilka stacji metrem, przesiadka na autobus, wysiadamy na ostatnim przystanku przy trasie, która za kilkaset metrów zmienia się w autostradę. Jest zatoczka dla autobusów, wszystko spoko, oprócz tego, że samochody zapierdalają tutaj dość szybko, a więc logicznie, ciężej kogoś zauważyć, wyhamować, pomyśleć w ogóle. Po kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że prędzej złapiemy tu depresję niż stopa, więc ruszamy dalej, w poszukiwaniu lepszych miejsc. Teraz zaczyna się chyba najgorszy moment (doba) naszej wyprawy, nie było by to takie chujowe, gdyby nie wielkie, ciężkie plecaki, które towarzyszyły nam w doli i niedoli.  Nawet teraz jak to piszę to śmieję się z naszej głupoty, oczywiście wszystko na własne życzenie. Poszliśmy wzdłuż trasy (za chwile autostrady), za barierkami, przełajem, w pełnym kurwa rynsztunku na dłuuugi kurwa spacer. Minęliśmy kilka supermarketów, byliśmy na totalnym wypizdowiu, przy wjeździe z jakiejś małej drogi na M5 w naszym kierunku. Miejsce wydawało się być idealne (do łapania stopa), spodobało nam się tak bardzo, że do zmierzchu nasze położenie pozostało stabilne. Nikt się nie zatrzymał, choć furek przejechało dość sporo, trudno. Po totalnie nieudanym dniu rozkładamy namiot, piwko, idziemy spać myśląc, że kolejny dzień przyniesie nowe perspektywy.

Test w oryginale z 2014r. Poniższe zdjęcia najlepiej oglądać w pełnej rozdzielczości. Kolejne części niebawem.

Wideo z tego wyjazdu możecie zobaczyć TUTAJ