Zanzibar, czyli raj nie tylko dla wierzących. Po niemałych przygodach i wydatkach, które zapewnił nam nasz „koleżka”, który ogarniał safari, wróciliśmy do Dar es Salaam. Teraz wystarczy tylko dojechać do portu, kupić bilety na prom i… myśleć co dalej, ponieważ ta część wyprawy ma charakter „jebać plany, zobaczymy co będzie na miejscu”. O tym później. Na terminal docieramy kilka minut przed rejsem. Najtańsze bilety – bez zbędnej prowizji – możemy kupić w oficjalnym punkcie sprzedaży. Problem w tym, że otwartych kas jest o wiele więcej niż w przeciętnym dyskoncie, wszystkie wyglądają podobnie (tzn. żadna nie wygląda na oficjalną, patrząc przez pryzmat europejskich standardów), a czasu nie mamy za wiele. Do tego coraz większa liczba naganiaczy, którzy wiedzą lepiej od ciebie, czego tak na prawdę (nie) potrzebujesz. W końcu trafiamy, do jak nam się wydaje właściwej budki, dajemy paszporty, dostajemy bilety. W droższej cenie. Próbujemy walczyć o swoje prawa i pieniądze, ale to tak jakbyśmy walczyli z Urzędem Skarbowym. Trzeba przełknąć wkurwienie, gin i dalej robić swoje. Dodatkowo, po tym ile „bonusowo” wydałem na safari, następne $5 nie robi już na mnie wrażenia. Wsiadamy. Pull up. Cała na przód!

DSCF0747 (Kopiowanie)
Port w Stone Town

Karibu Zanzibar! Większa część naszej ekipy zarezerwowała wcześniej noclegi na cały pobyt w Bweeju, w resorcie Twisted Palm. Ja i Kadi mamy do nich zamiar dołączyć później. Póki co zostajemy na pierwszą noc w Stone Town, stolicy wyspy. Urokliwe miasteczko, którego głową atrakcją jest… wyjazd z niego w mniej zurbanizowane miejsca. Oprócz tego kilka klubów, nocne targowisko z owocami morza, lokalnymi przysmakami, kotami oraz okolicznym elementem, który za odpowiednią sumę dolarów może obiecać Ci wszystko. Dzięki wifi w porcie znajdujemy najtańszy hotel, opinie nie są najlepsze, okolica niby nie za ciekawa, zaraz obok targu… rybnego. Rzeczywistość jest jednak po naszej stronie, rybami nie jebie (w hotelu, na zewnątrz bywa różnie – przypominam jesteśmy na wyspie), a okolica wcale nie gorsza niż stare miasto w Częstochowie. Idziemy na kiermasz, który dopiero po zmroku zaczyna tętnić życiem, kosztujemy ośmiornicy, Zanzibar pizza i innych lokalnych specyfików, wchodząc w międzyczasie w niepotrzebne gadki z miejscową patologią, która chciała by być nazywana gangsterką. Takie mam wrażenie, gdy jeden typ opowiada o tym, że śmiga sobie z klamką. Aha. Powrót do hotelu, relaks na dachu, darmowa zupa i…, która jak się okazało wcale nie była (z założenia) za friko. Ale Janusze na wakacjach, a jak! Rano szybki desant z hotelu i płyniemy na Prison Island. Wczoraj gdzieś w międzyczasie poznajemy w naszym hotelu koleżkę, który udzielił nam kilku wskazówek (np. żeby zioło palić w hotelu, a nie na ulicy), podał nam miejscowe ceny (choć w niektórych miejscach i tak, sprzedawcy uparcie nie zchodzili poniżej celny dla białych), by ostatecznie śmigać sobie przez pół dnia z nami, przez co za trzy porcje owoców morza płaciliśmy mniej, niż będąc sami za dwie. Nie wiem czy to serce czy marketing, ale szanuję. Bo dobre.

DSCF0779 (Kopiowanie)
Jedno ze stoisk na targu nocnym w Stone Town

Changuu (Prison) Island- maleńka wyspa w archipelagu Zanzibar. Kiedyś więzienie (do którego nie trafił żaden człowiek), dziś sanktuarium gigantycznych żółwi i świetny punkt wypadowy na snurkowanie. Tutaj robię to po raz pierwszy. Na tyle nieumiejętnie, że rozcinam sobie stopę o rafy koralowe, co w połączeniu z zasoleniem wody nie pozwala mi zbyt długo cieszyć się pływaniem w krystalicznie czystej, turkusowej wodzie.

DSCF0812 (Kopiowanie)
Prison Island

Po powrocie do Stone Town, jedziemy na północ wyspy. Docieramy do miejscowości Kendwa, gdzie na pytanie o tani nocleg, każdy pokazuje nam jak nie jeden resort do następny. O cenach lepiej nie mówić. Ostatecznie bierzemy pokój z łazienką umiejscowiony w jakimś podwórku. Nazwy to chyba nawet nie miało, a dogadywaliśmy się ze sprzedawcą w sklepie obok. Do plaży jest co prawda kilka minut z buta, ale jesteśmy wśród lokalnej społeczności. Stołujemy się w street-foodach, i wiemy kiedy mówią o nas (muzungu – biały człowiek), przez co jesteśmy pozytywnie postrzegani. Tutejsze plaże – raj. I to nie jakiś, kurwa biblijny, wyimaginowany. Prawdziwy raj. Woda o temperaturze zupy, zimne piwko, woda z kokosa, piękne kobiety, tanie gibonki i jedzenie, białe plaże. Można tak wymieniać. Choć w tamtej chwili nie wymienił bym tego za nic!

DSC_0779 (Kopiowanie)
Wybrzeże w miejscowości Kendwa

Po dwóch nocach dołączamy do reszty załogi, w miejscowości Bweeju. Meldujemy się w resorcie, za który płacimy parę, zamiast kilkuset dolarów dzięki kodom zniżkowym na expedii. Jest tu zdecydowanie mniej turystów niż na północy. Za sprawą częstych odpływów i przypływów, warunki do pływania w marcu nie są najlepsze. Można natomiast zbierać algi. My wybieramy opcję trzecią. Melanż. Kupujemy ryby od mieszkańców pobliskiej wioski i wraz z kierownikiem Twisted Palms (tak się nazywał nasz ośrodek) oraz dwoma dziewczynami ze Skandynawii urządzamy ognisko na plaży.

DSCF0021 (Kopiowanie)
Wybrzeże w Bweeeju

Wracając do naszego bugalowa, zaczepiamy nocnego stróża. Ponieważ mamy jeszcze trochę jedzenia, alko i palenia, proponujemy wspólny afterek. No bo bez sensu, żeby się zmarnowało, hehe. Podczas rozmowy z Chasilo, dowiadujemy się jeszcze więcej o tym co dzieli, a co łączy nasze kontynenty. Na początku nasz kolega jest w szoku. Dlaczego? Bo biali ludzie, od tak, w środku nocy proponują mu wspólną posiadówkę. Biali ludzie, którzy zazwyczaj nie mówią mu nawet „dzień dobry”. Trochę wstyd, ale przecież nie możemy odpowiadać za wszystkich białasów, podobnie jak Ahmed z kebaba za religijnych ekstremistów pochodzących z jego stron.

Kolejnego dnia, gdy nasze zapasy bangi (pierwsze słowo w suahili, którego się nauczyłem) są na wykończeniu, Chasilo proponuje, żeby iść do wioski obok, to coś ogarnie. Poszliśmy. Pierwsza chatka, chwila rozmowy, widać, że jestem nie lada atrakcją, lokalni mieszkańcy są mocno zaskoczeni. Może nawet myślą, że to jakiś podstęp. W każdym razie, mówią, że tu nic nie dostaniemy i mamy iść dalej. Następna chatka. Na ziemi bawią się małe dzieci, dwie kobiety w średnim wieku popijają gin z uciętego dna plastikowej butelki. Jeśli chodzi o warunki sanitarne, to czysty był jedynie alkohol. Jedna z kobiet idzie do innej chatki, druga proponuje mi banie. Chwilę się waham, widząc, iż „szklanka” jest czarna jak jej właścicielka. A chuj, raz się żyje, do dna! W tym czasie „orzeł wylądował”, dostaję palenie w cenie lokalnej, czyli… 60gr za pakiet. Szok. Biorę dwa razy więcej niż zamierzałem. Dzieci płaczą, lepiej, ryczą przez cały czas. Pytam o co tu kurwa chodzi? Kobieta odpowiada, że pierwszy raz widzą białego. Boją się. Nic dziwnego, skoro wszyscy turyści siedzą w resortach, a my łazimy tam, gdzie ich nie ma. Z założenia.

Kolejnego dnia wynajmujemy skuter. Jedyny papier, którego wymaga od nas właściciel to amerykańska waluta. Zwiedzamy pobliskie miejscowości, dzikie plaże, zajadając się szaszłykami z wołowiny z solą i limonką, sosem mango, oraz innymi potrawami, które zazwyczaj kupujemy na chybił-trafił (o dziwo, częściej to pierwsze). Jedziemy zobaczyć endemiczne czerwone małpy, czyli Gerezy trójbarwne, które są wegetarianami. Niektóre osobniki, nie boją się ludzi, można je normalnie pogłaskać. W pakiecie dostajemy mini wycieczkę po tropikalnym lesie oraz spacer po bagnach (tak na prawdę po mostkach nad nimi).

DSCF1260 (Kopiowanie)
Gereza trójbarwna

Następnie jedziemy zjeść obiad do The Rock. Taki żarcik. Restauracja ta pomimo tego, że jest w kurwę droga, umiejscowiona jest na kamieniu (zaskoczona/y?), przez co podczas odpływu można dojść do niej po plaży, a gdy nadejdzie przypływ trzeba dopłynąć do niej na przykład łódką.W środku nawet ładnie, sporo miejsca (choć nie wygląda z zewnątrz na dużą), nie robiłem fot bo trochę siara. Wracając do Bweeju zatrzymuje nas policja. Przez dobrą godzinę kłócimy się, że międzynarodowe prawo jazdy kat. B w zupełności wystarczy. Nic z tego. Gdy znika jeden problem, pojawia się kolejny. Chce zarekwirować paszporty. Musimy dać w łapę. Nagle problemy się rozpływają. Równie dobrze mogliśmy dać od razu $10 i bez słowa pojechać dalej.

DSCF1174 (Kopiowanie)
The Rock

Gdzieś w międzyczasie wdepnąłem w jeżowca. Dwa razy. Polecam buty do pływania. Głowę do myślenia również. Zapamiętam Zanzibar jako zajebisty kierunek, gdzie poza turystycznymi ośrodkami jest jeszcze mnóstwo miejsc nie skażonych pieniądzem, a ludzie w tych miejscach żyją tak, jakby czas się zatrzymał.

Jeśli macie jakieś pytania bądź uwagi, zapraszam do komentowania.

Wyprawa miała miejsce ponad rok temu, więc zastrzegam sobie prawo do zapomnienia o czymś bądź pomieszania wydarzeń względem chronologii.

Poniżej trochę zdjęć, polecam oglądać w pełnej rozdzielczości. Standardowo, kolejność typu mashup.

Klasycznie, pozdrowienia dla Agaty,Dagi, Marty, Adama, Kadiego, Wentyla, Tomka i poznanych ludzi.