Maroko – pierwsza podróż poza stary kontynent. Mało brakło, a dzięki mgle nad Balicami, zostalibyśmy te kilka dni z stolicy Włoch. Ostatecznie udało się. Na początku marca 2014 postawiłem nogi na czarnym lądzie.

Nasze loty (wszystkie linią Ryanair) wyglądały następująco:

  • KRK (KTW) – CIA
  • CIA – FEZ
  • RBA – STN
  • STN – WMI

Zapraszam na krótki seans z miejsca, gdzie strony świata nie mają zbyt dużego znaczenia, hasz można kupić dosłownie wszędzie, herbatę nazywają lokalną whiskey, a bilety na autobus mają tak oficjalną formę, jak list sześciolatka do świętego Mikołaja. Miejscowi uważają nas za wariatów, gdy w marcu (+/- 30°C) kąpiemy się w oceanie. Bo przecież nie ma sezonu. Po zmroku, w labiryntach ciasnych uliczek, nie sposób się odnaleźć, a większość osób, jeśli zna oby język, jest to język francuski. Lokalne jedzenie – bardzo dobre i bardzo tanie. Często bez sztućców i bieżącej wody. Soki ze świeżych owoców i trzciny cukrowej – ojapierdole.

Największy minus Maroko? Turyści. Oczywiście nie wszyscy. Ci, „dzięki” którym przecięty biały człowiek postrzegany jest przez lokalsów jako worek z dolarami. Niekiedy wystarczy jedynie wyjąć aparat, aby poproszono o opłatę za zrobienie zdjęcia. Często bałem się nadmiernej życzliwości, by na samym końcu nie usłyszeć „give me some money”.

Wojna o (białego) klienta. Chwilę zastanawiałem się, czy skategoryzować to jako minus. Może, dla przeciętnego Janusza na wakacjach było by to uciążliwe. Dla mnie jedynie w dużym nadmiarze. Ja starałem się uczestniczyć w tym cyrku, z uśmiechem i sarkazmem. Gdy widziałem, że jestem „na celowniku”, i za chwilę będę potencjalną ofiarą konsumpcjonizmu, to ja zaczynałem rozmowę pierwszy. „Hello my friend! Where are you from? I have special offers, only for you!” I tak dalej. Jeśli naprawdę chciałem coś kupić, mówiłem cenę absurdalnie niską i trzymałem się jej do samego końca. Nie można taniej? Trudno. Wychodzę. Zazwyczaj w tym momencie sprzedawca wybiegał za mną, a proponowana przeze mnie cena była satysfakcjonująca. Pomimo, że pięć minut temu gość przyrzekał, iż sam kupuje to drożej i w ten sposób nie wyżywi swojej rodziny.

Osobną kwestią są naganiacze przy punktach gastronomii. Byłem w sytuacji, gdzie jeden z nich już dosłownie ciągnął mnie za rękę do swojej jadłodajni. Podbiegł drugi i wyzywając tamtego od oszustów i naciągaczy… zaczął mnie łapać za drugi rękaw i zapraszać w swoją stronę. Myślę – niezłe jaja. A tu jeb. Trzeci. Dołącza do nas i próbuje przekonać mnie, że… ci dwaj pierwsi nie są niczego warci, jedzenie chujowe, więc powinienem pójść właśnie z nim. Dodam, że było to na głównym placu Marakeszu, gdzie większość stoisk serwowała dokładnie to samo. Gdy wdasz się w niepotrzebną rozmowę, zamiast grzecznie i stanowczo odmówić, czasem naprawdę ciężko nie ulec. No ale przecież, nie zawsze trzeba robić mądre rzeczy.

To tylko antylopia część tego, co można przeżyć w Maroko, wideo poniżej:

 


Jeśli Ci się podoba. Jeśli nudzi Ci się w pracy, szkole, zakładzie poprawczym lub podczas wykonywania gastrektomii. Jeśli musisz poczekać kolejne „ostatnie 5 minutek” –  to pod tym linkiem znajdziecie więcej nagrań.