Ciepła woda w naszym hostelu była dostępna przez dwie godziny na dobę. Rano i wieczorem. Nasz plan, żeby wstać super wcześnie wypalił. Być może dlatego, że w naszej jaskini nocą panował klimat kielecki (dla tych mniej obeznanych z geografią i meteorologią, mówiąc krótko – było w chuj zimno). Niektórzy z nas pomyśleli i przykryli się dodatkowymi kocami, powiedzmy, że ja też. Powiedzmy. Wziąłem to pod uwagę. Mógłbym napisać, że to zamierzone działanie motywujące do porannej pobudki, lecz tak naprawdę cholernie mi się nie chciało wstawać po dodatkową pościel.

Na Wzgórze Świątynne, nie-Muzułmanin może wejść jedynie w wyznaczonych porach, przez takie trochę molo, obok ściany płaczu. Próbowaliśmy przejść normalnie, uliczkami, ale odpowiednie służby nam to uniemożliwiały. Do bramek docieramy kilka minut przed końcem czasu dla turystów. Standardowo, kontrola jak na lotnisku. Koledze nie pozwalają wejść z jarmułką. Pozostała trójka przemyca je niezauważona, bez najmniejszych podejrzeń. Po szybkim strzale adrenaliny, równie szybko zaliczamy spacer po tej części starego miasta, nieoficjalnej stolicy Izraela. Kilka foteczek na snapczaty i już jakiś pan prosi nas o kulturalne wypierdalanie za bramę. Nara.

DSCF0296 (Kopiowanie)

Spędzamy chwilę pod ścianą płaczu, modlitwy zostały wciśnięte przez nas wczoraj (jeśli to czytasz, liczę szczególnie na pierwszy punkt z karteczki). Sama ściana, to… ściana, która pozostała po świątyni Salomona, a dokładniej po ścianie, otaczającej dziedziniec innej świątyni. Ale Żydzi wierzą i się modlą. Niektórzy tańczą. Kobiety i mężczyźni mają osobne sektory pod ścianą, prawie równe, hehe.

DSCF0223 (Kopiowanie)

Bazylika Grobu Pańskiego robi wrażenie. Nie jestem fanem chodzenia po kościołach podczas wycieczek, w sumie na co dzień również. Tutaj mały wyjątek, jest klimat, wiele różnych pomieszczeń, mini-jaskinia, od której się to zaczęło, podobno kawałek oryginalnego krzyża, no i sam grób. Poczułem się trochę jak gimnazjalista robiący sobie samojebkę przy grobie Magika. Czyli spoko, bez nirwany czy innego haju. Takie delikatne rozszerzenie świadomości.

DSCF0368 (Kopiowanie)

Kupujemy świeże soki oraz jakiś beznadziejny, suchy placek na śniadanie, zbieramy nasze rzeczy z hostelu i opuszczamy stare miasto. Klasycznie na pamiątkę coś zostawiam (zapomnę), tym razem chiński, składany widelec (jak my kurwa teraz zjemy kolejną puszkę paprykarzu?!) oraz kolejną parę skarpet. Yolo. Przed odjazdem wchodzimy do ogrodu oliwnego oraz do bazyliki Agonii. Zdobywamy pieszo kolejne wzgórze, ponieważ, źle zrozumieliśmy pewnego naganiacza, i byliśmy przeświadczeni, że furką tam wjechać nie można. A wiecie jak jest? No właśnie. Przynajmniej widoczek ładny.

DSCF0391 (Kopiowanie)

Jedziemy w kierunku parku narodowego Beit Guvrin. Przez chwilę. Później nasza nawigacja każde nam zawracać, podczas drugiego okrążenia udaje nam się opuścić Jerozolimę. Wcześniej zatrzymujemy się przy supermarkecie Fresh-coś tam, już nie pamiętam, takie zielone logo. Parking niestety płatny.

Gdy dojeżdżamy do bram parku, okazuje się, że… właśnie go zamykają. Godziny otwarcia. Tego nie przewidzieliśmy. Kurwa mać. Trudno. Ze względu na nasz plan-program oraz położenie postanawiamy spędzić tę noc na pustyni, pijąc lokalne piwo i tanie wino (które chyba winem nie było) przy ognisku, z widokiem na kanion… w aucie. Podczas ogniska, gdzie smażymy sobie pitę z konserwą turystyczną i serem (czyt. sielanka), Kantor drze japę, że mamy spierdalać. Do samochodu! Myślę sobie, że to Palestyńczycy, albo wojsko Izraela. Trochę strachu. Do momentu aż okazało się, że koleżka zauważył cień jakiegoś zwierza. Ufff. Kończymy browarki i idziemy spać. Bogu dziękować (tylko któremu?), że dostaliśmy Mazdę zamiast Swifta, nawet się wyspałem.

DSCF0429 (Kopiowanie)

Od rana mamy ambitne (jak zawsze) założenia co do zwiedzania. Przed wjazdem do parku narodowego Ein Avdat jesteśmy chwilę przed otwarciem, myślimy czy nie pokazać naszego patriotyzmu i wbić na Janusza, ale po chwili kupujemy bilety. Pierwszy raz jestem w kanionie (ciekawe kiedy będę w jakimś kanonie, hehe), podoba się mocno. Wodospad, jaskinie, zajebiste widoki.

DSC04113 (Kopiowanie) (Kopiowanie)

Dziś po trzynastej musimy oddać auto. Przed nami kilkaset kilometrów, krater i… kolejny kanion, zupełnie inny. Czerwony kanion, bo o nim mowa, jest dostępny za darmo. Dużo mniejszy od poprzedniego, momentami wręcz ciasny. Napotkany Żyd, zdziwił się, że jesteśmy w tym miejscu, a olaliśmy Tel Awiw, gratulując nam wyboru. Dzięki.

DSC04199 (Kopiowanie) (Kopiowanie)

Do wypożyczalni docieramy na czas, typek ogląda dość mocno nasz wehikuł, próbuje zrzucić na nas winę za jakieś rysy, ale wychodzi na nasze. Szukamy noclegu. Wybór padł na Arava hostel, mogę szczerze polecić to miejsce. Samo miasto, to typowy kurort, wszędzie Rosjanie z cygarami, na hotelowych leżakach. My siadamy z butelką whiskey na plaży, wskakuję do wody – dla zasady, choć pogoda przypomina początek sezonu nad Bałtykiem. Dziś stawiamy na relaks, bardziej niż zwykle. Naszą wisienką na torcie jest zabrana z Polski – Żytnia. Pod koszerne ogórki. Z puszki. Jak się okazało, wisienek tego wieczora było jeszcze kilka. Dziękujemy za to sympatycznej pani ze sklepu, koło lotniska, gdzie alkohol był w ludzkich cenach, i Adamowi, który postanowił wydać tego dnia wszystkie swoje pieniądze. Poznaliśmy dziewczyny, które poznaliśmy po przylocie. Chwila na innej plaży, Bobek robi kaczki na wodzie… baterią z telefonu. Następnie na pokaz fontann (tak się to mówi?), podobno bardzo nudny i nieciekawy. Inne osoby zamiast nagrywać ów szoł, kręcili nas. Podobno. Dołączyli do nas znajomi koleżanek, Bobek w tym czasie się zgubił. Średnia w miarę utrzymana. Po bezowocnych poszukiwaniach, przenosimy imprezę pod nasz hostel, który jak się okazało prowadzą bardzo spokojni i wyrozumiali ludzie.

DSCF0447 (Kopiowanie)

Rano, nasz pokój wyglądał jak to określił Kantor – akademik w Irkucku. Nie tylko wyglądał. Na dodatek nie wiemy, która jest godzina, przypomnę, że do tej pory nasz bilans posiadania-nieposiadania sprawnych telefonów wynosił 2:2. W tym momencie 1:3. Bobek zalał piwkiem aparat Kantiego. A, właśnie, Bobi znalazł się poprzedniej nocy. Trochę czasu nam zajęło ogarnięcie tego burdelu, ledwo zdążyliśmy na autobus na lotnisko.

Przed odlotem baaaardzo długie procedury, ale to standard w tym kraju, nie ma co wylewać żalu… ponieważ to nie mnie, wzięli na szczegółową kontrolę, hehe. Na strefie bezcłowej integrujemy się przed lotem, żegnamy Izrael tańcem na głowie – bredgensem.

Informacje praktyczne:

  • Bus nr 282, Lotnisko Ovda – Eilat – 25NIS OW, 42,5NIS RT
  • Eilat Shuttle – $10 OW, konieczna wcześniejsza rezerwacja przez internet
  • Najtańszą benzynę udało się nam kupić w Eilacie, obok lotniska, około 5,40NIS/l
  • Wejście na Masadę – 29NIS, wjazd koleją – 56NIS, wjazd i zjazd – 76NIS
  • Karnet na 6 parków narodowych – 110NIS
  • Falafel w Jerozolimie – 7NIS, świeże soki 7-10NIS
  • Szlugi dużo taniej można kupić na bazarach, 7NIS za paczkę „Marlboro”. Prawie oryginalne.
  • Hostel Hebron – 60NIS/osoba w sporym dormie
  • Hostel Arava – 65NIS/osoba w 4os. pokoju
  • W wielu miejscach możemy znaleźć krany z pitną (bynajmniej ja ciągle żyję) wodą
  • Autostop to popularny środek transportu, również wśród miejscowych.
  • Niedziela wypada w sobotę – szabat – większość sklepów i instytucji jest wtedy nieczynna
  • Ein Avdat – 29 NIS
  • W markecie Fresh-coś tam w Jerozolimie: zgrzewka 6×1,5l wody – 11NIS, piwo od 4NIS + kaucja, chleb – 7NIS
  • Parking podziemny obok sklepu – 15NIS
  • Czerwony kanion – dostępny za darmo
  • Tanie wino, może okazać się sokiem (wcale nie takim tanim)

Podziękowania dla całej trójki wycieczkowiczów, dla poznanych ludzi, i dla Was moi fani. Shalom. Poniżej fotosy, zarówno w tej i poprzedniej części autorstwa Roberta Cichonia oraz mojego również.