Zacznę tę relacje trochę od końca, ale nie do końca. Nieważne. Polecieliśmy sobie na Filipiny, z dwoma całodziennymi przesiadkami w Pekinie. Ekipa taka, że można zrobić dwie drużyny piłkarskie, gdybyśmy grali po siedmioro, i pół. Same talenty, pozdrawiam mocno.

Przed wylotem, czytając różnego rodzaju relacje, zauważyłem, że mało kto poleca zwiedzanie stolicy Filipin i jej okolic podczas podobnych tripów. Większość źródeł radzi, aby od razu po przylocie udać się na inne wyspy, bądź gdziekolwiek, nie wiem choćby do Syrii. Tak też zrobiliśmy (po burzliwej debacie „Syria czy Bohol?”, wybór padł na to drugie). Na pobyt w Metro Manila zarezerwowany był ostatni dzień w tym jakże pięknym i jakże pojebanym kraju.

Wyżej wspomniana aglomeracja, skupia w sobie kilkanaście miast, wokół stołecznej Manili. Według oficjalnych danych zamieszkuje ją ponad dwadzieścia milionów ludzi. Nieoficjalnie pewnie o połowę więcej. Podczas jednego dnia odwiedziliśmy trzy miasta na wyspie Luzon – Makati, Manilę i Navotas.

Za co nienawidzą tego rejonu turyści? Korki, spaliny, bród, hałas, bieda, przestępczość i tym podobne. Zgadam się z tym. Ale jest kilka rzeczy, które nas tam przyciągnęły: Cmentarz w Navotas (gdzie między grobami powstał slums, aktualnie jest to teren zamieszkały przez setki rodzin), walki karłów w burdelu (o tym innym razem), ludzie (zazwyczaj bardzo przyjaźni, jak w całym kraju), świetne żarcie na ulicach, tani gin (nawet spoko, po tygodniu walki rumem i łychą z chorobą filipińską). Byliśmy jeszcze na bazarze divisoria w Manili gdzie kupiłem koszulki reprezentacji Filipin i drużyny z Chicago za kilkaset peso. Nawet trochę się jaram, niezła jakość jak na podróby. Dodatkowo pięciu białych w narodowych barwach lokalsów budziło pozytywne emocje. W różnych miejscach i o różnych porach. Ostatnie miejsce, spod którego wyruszyliśmy wieczorem w balet, to centrum handlowe w Makati, chyba jedno z największych na świecie (nieliczne z miejsc, gdzie nie widać biedy), ale szczerze mówiąc to atrakcje dla kobiet i pedałów (czyli dla 80% miejscowych).

Lotnisko, na którym lądujemy jest na terenie Makati. Spod terminalu, próbujemy złapać jeepneya, lecz żaden z kierowców nie jechał w naszym kierunku. Szkoda marnować czas, bierzemy taxi. Wybieramy białe, podobno tańsze od żółtych i jedziemy pod hotel. Tutaj porada: nie targujcie się o cenę przed przejazdem, tylko zażądajcie, aby kierowca włączył taxometr. W naszym wypadku tak wychodziło najkorzystniej (ponad dwukrotna różnica w cenie).

Postój taxówek przed lotniskiem w Manili.
Postój taxówek przed lotniskiem w Manili.

Kilkoro z nas wynajęło pokoje, reszta (w tym ja) zostawia tylko swoje bagaże na recepcji. Szybkie formalności, buko z ulicznej wózko-budki i jedziemy do Navotas. Jak tylko znajdziemy tutejszy autobus w tamtym kierunku, kurwa mać. Lubię ten folklor w podróżowaniu lokalnymi środkami transportu, ale pierwszy dzień w nowym, na dodatek tak wielkim mieście nie był zbyt łatwy. Trzeba załapać całą (dez)organizację ruchu, znać dogodne miejsca na przesiadki, kierunki. Niby banał, ale gdy nie ma przystanków ani rozkładów jazdy, a cała trasa oznaczona jest czterema – pięcioma nazwami, wypisanymi na pojeździe, można się pogubić. Wyszło w końcu tak, że pewien kierowca pustego jeepneya zgodził się pojechać tam z nami za dwa tysiące peso, po czym odwieźć nas w wybrane miejsce.

Jeepney - lokalny środek transportu.
Jeepney – lokalny środek transportu.

Mówiłem już o korkach? Niecałe dwadzieścia kilometrów jedziemy ponad trzy godziny. Po drodze dołącza do nas jeden lokals, kierowca wykazuje się całkiem niezłym gustem muzycznym (i nagłośnieniem), a prędkość motywuje do spacerów wzdłuż trasy, podczas „jazdy”.

Normalny ruch na drogach.
Normalny ruch na drogach.

Gdy docieramy na miejsce podbiegają dzieci, przyjazne, niektóre proszą mniej lub bardziej stanowczo o pieniądze, dostają krakersy, ogólnie jest pozytywnie. Gość, który dołączył do nas po drodze, idzie z nami. Nawet fajnie, pomimo, że jesteśmy dużą grupą mieć go ze sobą, w końcu to nie Międzyzdroje (tak, wiem, Międzyzdroje to też nie są rurki z kremem, pozdro Adam). Wchodzimy, widzimy innych turystów, nieźle ubrani, robimy sobie fotki z dzieciakami, idziemy dwadzieścia metrów alejką. Nawet ładnie, ludzi nie widać, czysto, myślę sobie, że mocno przereklamowane miejsce. Oszukali mnie! Banda decydentów… Nie do końca. Okazało się, iż jesteśmy na prywatnym cmentarzu, slumsy są na publicznym, obok. A ci tutaj to nie turyści, tylko żałobnicy, aktualnie trwa pogrzeb.

Pierwszy kontakt z miejscowymi dziećmi.
Pierwszy kontakt z miejscowymi dziećmi.

Idziemy na właściwy (jeśli można użyć w tym wypadku takiego określenia) cmentarz, nasz „przewodnik” pyta mnie – po co my tak w ogóle chcemy tam iść? Sam nie wiem, tak do końca czy to dobry pomysł. Aby patrzeć na ludzi żyjących w biedzie, w naprawdę ciężkich warunkach? Może po to by docenić to co się ma? Może z czystej ciekawości? Jebać to. Chcę po prostu zobaczyć i poczuć to na własnej skórze.

Droga pomiędzy cmentarzami.
Droga pomiędzy cmentarzami.

Wrażenia? Ogromne. Od wejścia idziemy główną drogą, po obu stronach Filipińczycy obcinający nas z góry do dołu. Z jednej strony szok, w jakich warunkach można żyć, mieszkać na co dzień. Z drugiej beztroska dzieciaków, pogoda ducha mieszkańców. W miejscu, które jest niczym wysypisko śmieci, większa część pomników jest zadbana, lecz widać też rozwalone, otwarte czy popękane nagrobki. Jest brudno, momentami cuchnie. Właśnie tutaj dorośli mają swoje domy, a dzieci place zabaw. Łódki, sklepik i mały stragan pokazują, że ludzie tworzą tu pewną społeczność. Spędziliśmy tu sporo czasu, głównie robiąc fotki i bawiąc się z dziećmi, nie czując zagrożeń, choć samo miejsce może przyprawić ciarek, szczególnie po zmroku. Tylko raz, gdy zostałem sam z B., a reszta ekipy była już przy wyjściu, czterech typów delikatnie nam pogroziło. Przynajmniej tak przetłumaczyła to dziewczyna stojąca obok nas. A my myśleliśmy, że chcą aby im porobić foty, hehe. Dopiero później zorientowaliśmy się, że hasło w stylu „lose your hat” nie oznaczało abyśmy zdjęli nasze czapki. To był czas, aby się pożegnać.

Info (niekoniecznie) praktyczne:

  • taxi spod lotniska, jakieś 5-6km – 140peso (z taxometrem) do nawet 300gdy ustalamy cenę z góry
  • woda mineralna 35peso
  • gin/rum około 50peso za butelkę 375ml.
  • najlepszy przelicznik jest w kantorze na lotnisku, ewentualnie można próbować dogadać się ludźmi, nam się udało wymienić dolary w pizzerii po średnim kursie;)

Jeśli macie jakieś pytania zapraszam do komentowania, albo użycia google. Piona czytacze!

Zapraszam do foto-wideorelacji, która i tak nie odda emocji, które to miejsce wywołuje:

 

 

Zdjęcia: Luca, Kadi, Baks, Wntl, ja. Video: Baks. Podziękowania dla całej ekipy: Ania, Adam, Baks, Bobek, Daga, Dendi, Dudi, Ewcia, Kadet, Luca, Piter, Szpilek, Wentyl, Zioło oraz dla ludzi poznanych na miejscu.